poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział IV. Szmaragdowy wąż

Wybaczcie, pisanie tego rozdziału zajęło mi o wiele więcej, niż planowałam :( to przez szkołę! Za tydzień egzamin... no dobra, trzymajcie za mnie kciuki! ;) A teraz... co? Albo raczej: kto?...
                                                                         ~*~
- SLYTHERIN!!! -wrzasnęła Tiara. Drobna, szczupła dziewczynka zdjęła ją z głowy i położyła ostrożnie na stołku, po czym podeszła do stołu Ślizgonów. W jednej chwili jej szaty zalśniły zielenią, a na piersi po lewej stronie- tam, gdzie serce- przybyła odznaka Domu Wężów. Powitały ją huczne brawa, gwizdy i wiwaty.
Usiadła prawie naprzeciwko niego. Spinka w kształcie narcyza błysnęła w słońcu.
Wyglądała bardzo przyzwoicie; jak przystało na czarownicę czystej krwi. Emanowała z niej radość i duma, poruszała się z niewymuszoną gracją, którą, bądź co bądź, trudno zaobserwować u mugolaków. Kruczoczarne włosy opadały na bladą twarz, przysłaniając jedno z zielonych oczu. Te zielone oczy nie były charakterystyczne dla jej rodu- Darkblood'owie mieli zwykle piwne tęczówki. Reszta rysów twarzy się zgadzała- lekko zadarty nos, ostry podbródek, blada, lekko piegowata cera i ciepłe spojrzenie. Ach, ale ten narcyz! Sześć mlecznobiałych płatków, pomarańczowy środek i złoty cekin czy koralik na samym środku- to on tak błyskał. Po co jej ta spinka? Nie zdjęła jej nawet na tak ważną uroczystość jak Ceremonia Przydziału. W sumie, wyglądała całkiem ładnie na tle czarnych włosów, choć nie była zbyt wymyślna.
Prawdopodobnie zwykła pamiątka rodzinna.
Ma ładne oczy, pomyślał. Takie żywe...
O, teraz właśnie się do niego odwróciła . Zapewne wyczuła, że jej się przygląda. Srebrzyste żyłeczki w jej tęczówkach błysnęły radośnie. Posłał jej zimne, wyniosłe spojrzenie, opanowane do perfekcji przez te siedem lat. To była jego wizytówka, jego ostrzeżenie. Nie ma szans.
Ale ale! O dziwo, nie cofnęła wzroku. Dalej patrzyła mu prosto w oczy. Czyżby cokolwiek dostrzegła? Przecież to niemożliwe... szmaragdowe oczy dziewczynki zdawały się przełamywać, roztapiać jego tarczę obronną...
Uśmiechnęła się lekko, jakby nie zdawała sobie sprawy, co chłopak czuje. I dopiero wtedy odwróciła wzrok, by spojrzeć na Ceremonię. To dobrze. Prawie jej się udało.
Michael również zerknął w stronę Tiary. Kolejni podnieceni, mali uczniowie wciągali ją na głowy po czym po chwili biegli w stronę właściwego stołu. Chłopak czuł do nich coś w rodzaju niechęci; większość z nich była mugolskiego pochodzenia. Prawdziwych czarodziei jest coraz mniej.
- Lbatln, Merry!- wyczytała z listy profesor Dice.
Drobna, czarnowłosa dziewczynka o brązowych oczach w kształcie migdałów podeszła do stołka. Jej kroki były sprężyste, na twarzy malowała się pewność siebie, a głowa była wysoko uniesiona, co dodawało jej wdzięku. Naturalna, jasnobrązowa skóra wyglądała jak lekka opalenizna. Usiadła, a Tiara, podobnie jak Laurze, zakryła jej całą głowę. Po krótkiej chwili czarodziejski kapelusz krzyknął:
- HUFFLEPUFF!!
Od stołu Puchonów rozległy się gromkie brawa. Ku zdziwieniu Michaela, mała Darkblood również wstała i klaskała. Merry Lbatln zobaczyła to i pomachała do niej. Dumnie zasiadła obok uradowanego Grubego Mnicha. Chłopak przyglądał się jej jeszcze przez chwilę. Dziewczynka rozmawiała teraz z jakąś blondyną po swojej lewej stronie. Zastanowił się, skąd zna jej nazwisko. Ach tak... jej rodzice zginęli, gdy nie wyszło im jakieś zaklęcie, przynajmniej tak pisali w Proroku Codziennym. Smutne... Mimo to nie wyglądała na skrzywdzoną przez życie, wręcz przeciwnie, trzymała się dobrze, była dzielna i pewna siebie. I wesoła. Zaśmiewała się teraz z jakiegoś żartu opowiedzianego przez blondynę.
- Lyra, Nikitas! -przeczytała kolejne nazwisko Dice.
- ...RAVENCLAW!!
Michael odetchnął głęboko- wiedział, czyje nazwisko zostanie teraz wyczytane...
- Malfoy, David!
Chłopak opuścił prawą rękę pod stół i zacisnął palce. Minęła chwila, długa jak godzina, po czym Tiara Przydziału krzyknęła:
- SLYTHERIN!!
Michael westchnął z ulgą. Bał się, że jego młodszy brat zostanie Puchonem, czy coś. Na szczęście jest w Slytherinie, być może jeszcze nie zgłupiał do reszty... David z uśmiechem podszedł do stołu Wężów i usiadł naprzeciwko niego, co mu się nie bardzo spodobało. Wolał go mieć pod ręką, na wszelki wypadek.
- I co? -spytał David. Michael nie odpowiedział, tylko posłał mu chłodne spojrzenie. Chłopiec westchnął i zaczął przyglądać się Ceremonii. Uroczystość dłużyła się nieznośnie. Kolejnych kilku chłopaków zostało przydzielonych do Gryffindoru, jakaś dziewczynka o mysich włosach została Krukonką...
- Novak! Luc... Uuc... chwileczkę... co? Lucy!
Wśród pierwszoroczniaków zapanowało poruszenie, mimo to nikt nie wystąpił. Profesor Dice spojrzała na nich z dezaprobatą, po czym powtórzyła:
- Novak, Lucinda!
- Łucja...- powiedział jakiś nieśmiały głosik i średniego wzrostu dziewczynka została wypchnięta do przodu. Niepewnie podeszła do stołka i założyła Tiarę, prawie ją upuszczając. Mugolak, pomyślał Michael ze wstrętem.
-... GRYFFINDOR!!
Chłopak prychnął z pogardą. No tak, typowe. Najgorsze łamagi to zawsze trafiają do Gryffu.
Laura znów wstała i zaczęła klaskać. Lucy Novak posłała jej blady uśmiech i zniknęła pośród wiwatujących Gryfonów. Michael zdziwił się zachowaniem Darkblood. Wszystko wskazywało na to, że zadaje się z pospolitymi mugolakami! To było niedopuszczalne; czystej krwi Ślizgonka, która lubi szlamę z Gryffindoru...z obrzydzeniem spojrzał na stół Lwów.
Tak nie może być.
Będzie musiał coś z tym zrobić.
Zerknął z niepokojem na Davida. A z kim on się kumpluje? W przedziale razem z nim siedział ten młody Silverstorm, o niego był spokojny, czysta krew i w dodatku ma brata w tej samej klasie co on. Ale ten drugi, ciemnowłosy chudzielec? Jakoś nie przypominał sobie, by miał rysy któregoś z rodów...
- Pyrros, Nikita!
-...RAVENCLAW!!
Może już został przydzielony? Na to wyglądało. Michael zaklął cicho pod nosem. Musi poznać tożsamość tego chłopaka, w razie czego się go pozbyć. Jedna szlama już wystarczy. Oby nie był mugolakiem...
Michael wątpił, by David miał na tyle rozumu, by umieć wybierać sobie przyjaciół pośród p r a w d z i w y c h czarodziei. Dla niego mag był magiem, bez względu na status krwi. Ale dla starszego z braci to się liczyło. Mugolak był odmieńcem, czymś nienaturalnym, co powinno się niszczyć. Tylko czysta krew powinna mieć dostęp do świata magii. Bo na przykład taka Novak- tu Michael spojrzał z odrazą na stół Gryffindoru. Jest szlamą, to widać na pierwszy rzut oka- żadnego wdzięku, żadnych umiejętności, tylko taka prosta mugolka z różdżką w ręce. Tak właśnie ją widział. I musi się jej koniecznie pozbyć z grona przyjaciół Laury...
- Ring, Colin!
Michael zacisnął palce na krawędzi stołu. To on! A więc Ring... syn Klaudiusza Ringa, czarodzieja czystej krwi, który jednak ożenił się z mugolką. A więc chłopiec jest półkrwi. Okropny mieszaniec... ale niech będzie. W końcu to nie jego wina, że ma głupiego ojca.
- SLYTHERIN!! -krzyknęła Tiara, a Michael całkowicie się uspokoił. Klasnął nawet parę razy, by powitać nowego Ślizgona. Colin usiadł obok Davida, pomiędzy nim a Laurą Darkblood. Ta spojrzała na niego, a na jej twarzy odmalował się wyraz miłego zaskoczenia. Czyli że się znają, to dobrze. Colin zapozna ją z Davidem, a Michael wierzył, że będzie ona miała na niego dobry wpływ. Nawet, jeśli brata się z mugolakami.
Colin odwrócił się do Laury i uśmiechnął się, równie zdziwiony. Wyciągnął rękę i powiedział:
- Hej! Dobrze cię widzieć! Byliśmy razem w łódce, pamiętasz? A tak w ogóle,  jestem Colin Ring.
- Laura Darkblood. Miło cię poznać.- odpowiedziała dziewczynka i uścisnęła jego rękę.
Czyli że przedtem znali się tylko z widzenia... no cóż. Teraz już znają się osobiście. Wszystko więc szło po jego myśli.
Lubił, gdy tak się działo. Był chłopcem ambitnym, rozważnym, pomysłowym. Miał dobrą pamięć do szczegółów i talent do gromadzenia informacji. Wiedział, jak niepostrzeżenie znaleźć się o właściwym czasie we właściwym miejscu. Ponad to miał, jego zdaniem, dwie najważniejsze cechy: czystość krwi i zdolność nieokazywania własnych emocji. Wiedział też, że ze znajomościami, pieniędzmi i dobrym wykształceniem można zajść naprawdę daleko, toteż był uczniem pilnym, sumiennym, zdobywał pochwały od nauczycieli i dbał o to, by zapoznać się z osobami na najlepszej drodze do kariery. O pieniądze się nie martwił- w końcu jego ojciec był milionerem.
Była jeszcze jedna cecha, która mu schlebiała: był po prostu przystojnym chłopakiem. Jasne, prawie białe włosy sięgające mu do ramion, błękitne oczy, blada cera no i ten naturalny wdzięk osoby czystej krwi. Wiele dziewczyn za nim szalało, ale on o to nie dbał, co najwyżej wykorzystywał to do własnych celów. Sam nigdy się nie zakochał, o nie, co to, to nie. I nie miał zamiaru. Bo po co? Te wszystkie romantyczne bzdurki napawały go obrzydzeniem. Są dobre dla dziewczyn. Michael był materialistą. Realistą. Nie potrzebował miłości.
Co dziwne, jego przygłupi młodszy brat nie miał tych cech. Był, co prawda, czystej krwi arystokratą, ale zupełnie zdziczałym. Wciąż zaszywał się w bibliotece z "Baśniami Barda Beedle'a", "Sercem Smoka", "Erą Szarej Magii" czy innymi opowiadaniami, które powodowały, że był nieznośny, pyskaty, miał własne zdanie na prawie każdy temat i ciągnęło go do "przygody". Według Michaela były to nic nie znaczące historyjki o rzeczach, które się nigdy nie zdarzyły i nie zdarzą. W rzeczywistości sam kiedyś przepadał za "Sercem Smoka" i poszczególnymi baśniami Beedle'a, ale już dawno się ich wyparł. Właściwie to siedem lat temu. Właściwie wyparł się całego dzieciństwa...
David buszował też ciągle po ogrodzie, czego jego starszy brat nie robił. Nie wyobrażał sobie bowiem, żeby łażenie po drzewach i krzaczorach, wpadanie do jeziora i bieganie po lesie było przyjemne.  On tego nie robił. Od dawna...
Z zamyślenia wyrwały go głośne wiwaty Ślizgonów. To młody Silverstorm trafił do Slytherinu. Usiadł obok Davida.
Michael westchnął i zerknął jeszcze raz na Laurę. Gapiła się spokojnie na Ceremonię, jakby ją to cokolwiek interesowało. Rozdygotane płomienie świeczek oświetlały jej twarz z jednej strony, nadając jej dramatyczny i tajemniczy wygląd. Była ładna. Nie jakoś bardzo piękna, tylko zwyczajnie ładna.
Teraz po raz trzeci wstała i klaszcze. Chyba chodzi o tą Kate Snowflake, trafiła do Ravenclawu. Czysta krew. Może być...
Usiadła i ich oczy znów się spotkały. Jej były ciepłe, radosne, zielono- srebrzyste. Jego- błękitne, puste i nieczułe. Zawahała się i spuściła wzrok. Normalnie by go to ucieszyło; w końcu o to właśnie chodzi. Ale nie tym razem. Czuł, że to zwycięstwo w jakiś sposób było nieuczciwe.
Ślizgoni znów wiwatowali. Nie obchodziło go, kto dołączył. I tak pozna jego nazwisko, gdy tylko będzie chciał.
I znów ktoś dołączył do Gryffindoru. Jak co roku, Gryfonami zostało o połowę więcej uczniów niż Ślizgonami. Gryfoni to najczęściej mugolaki lub półkrwi czarodzieje o niskich ambicjach, wybujałej wyobraźni i potęcjalnej odwadze, której jednak trudno się u nich doszukać. Podobnie Krukoni- ale tych Michael bardziej szanował, bo byli podobni do niego- poważni i inteligętni.
Także do Hufflepuffu dołączyło niewielu uczniów. Puchoni byli powszechnie uważani za kretynów, mięczaków, naiwniaków i żółtodziobów. Dom Borsuka uchodził za dom, do którego trafiali niczym się nie wyróżniający, kiepscy czarodzieje.
Jednak Michael tak nie uważał, choć czasem miał napady wstrętu do Puchonów. I raczej większość Slytherinu, a przynajmniej ci uczniowie, którzy mieli trochę oleju w głowach, też tak nie uważało. Borsuki są to uczniowie sprawiedliwi, pomocni, pracowici i mili, choć podatni na szyderstwa. W większości byli półkrwi, choć zdarzały się wyjątki.
Do Slytherinu wstręt czuli Gryfoni i znaczna część Krukonów. Puchoni szanowali wszystkie domy, ale najbardziej Slytherin, bo Ślizgoni nie byli do nich tak wrogo nastawieni. Węże i Borsuki czasem knuli razem przeciwko Gryfonom.
Michael spojrzał na stół Puchonów i doznał lekkiego wstrząsu; wysoki, chudy, czarnowłosy chłopak o bladej cerze i piwnych oczach wpatrywał się ze wstrętem w tył głowy Laury. Wyglądało na to, ż e jest jej bratem. I, co gorsza, nie podziela jej radości na temat przydzielenia do Slytherinu. Zapewne szykował jej już miejsce obok siebie przy stole Borsuków. Właściwie to Laura była dziwną istotą: na pierwszy rzut oka ni można by jej dać do Slytherinu, tylko raczej do Hufflepuffu czy Ravenclawu. Mimo to została Ślizgonką. Dziwne...
Michaelowi nie podobał się sposób, w jaki młody Darkblood patrzył na swoją siostrę. Był w tym spojrzeniu jakiś wstręt, odraza, jak gdyby dziewczynka popełniła zbrodnię, jakby rzuciła zaklęcie A v a d a  K e d a v r a i oddzieliła się od reszty rodziny.
A przecież niczego złego nie zrobiła.
Więc po co się na nią tak gapisz?, pomyślał Michael. Chłopak jakby to wyczuł i przeniósł wzrok na niego. W jego oczach błysnęła otwarta wrogość. Michael nie powstrzymał się, by nie uśmiechnąć się z satysfakcją. I co, głupi Puchonie? Nie udało się. Należy teraz do Domu Węża, tak, jak było jej przeznaczone!
Co z tego, że brat Laury był od niego starszy, i to o chyba nawet ze trzy lata? Michael uważał się teraz za mądrzejszego, sprytniejszego i bliższego Laurze. W końcu- była w j e g o domiie.
Ceremonia Przydziału powoli się kończyła, i bardzo dobrze, bo chłopak zaczynał się nudzić. Nie przepadał za większymi uroczystościami. Za dużo ludzi. On wolał samotność. Jeszcze kilku uczniów trafiło do Gryffindoru, jakiś niski chłopaczyna został Krukonem a dwie śmieszki- Puchonkami. Ślizgonami zostało łącznie dwudziestu trzech uczniów. Gryfonami- czterdziestu siedmiu. I gdzie tu sprawiedliwość?
No cóż, ale, jak Michael sam twierdził, ludzi inteligentnych jest mniej.
Ostatni pierwszoroczniak trafił do Ravenclawu. Michaelowi nawet nie chciało się liczyć, ilu Krukonów przybyło w tym roku. Rozległy się głośne brawa, które trwały dopóty, dopóki dyrektor, Philip Whitebeard, nie wstał od stołu nauczycielskiego. Popatrzył dobrodusznie na uczniów i zaczekał, aż rozmowy ucichną.
- Moi kochani!- rzekł w końcu.- Witam was wszystkich bardzo serdecznie! I tych, którzy są tu po raz pierwszy, i tych, którzy wrócili po wakacjach na kolejny rok nauki! Na sam początek mam dla was dwie wiadomości: dobrą i złą. Od której zacząć?
Przez Wielką Salę przeszedł pomruk. Pojedynczy uczniowie krzyknęli: "Dobrą!", "Złą!". W końcu dyrektor powiedział:
- A więc zacznę od tej złej. Profesor Threeboom, dotychczas uczący opieki nad magicznymi stworzeniami, poważnie zachorował i nie może kontynuować nauczania. Zastąpi go pani profesor Heatcher Wolftail.
Szepty uczniów i niezadowolone jęki rozległy się od wszystkich stołów. Uczniowska społeczność Hogwartu nie lubiła zmian. Każda zmiana mogła być w końcu zmianą na gorsze. Nikt jak na razie nie miał nic do nowej nauczycielki, ale Threeboom też był dobry. Mimo tej dezaprobaty, Wolftail wstała ze swojego miejsca i ukłoniła się uczniom. Była dość drobna i miała jasne blond włosy.
- Natomiast dobrą wiadomością jest to -kontynuował dyrektor- że Stadion Quidditha został naprawiony i od przyszłego tygodnia będzie można zapisywać się do drużyn.
Uradowani uczniowie zaczęli klaskać i wiwatować. Od zeszłego roku stadion, na którym odbywały się mecze quidditha był nieczynny, a to ze względu na Gryfonów, którzy się po nim rozbijali i narobili takich szkód, że trzeba go było zamknąć. Sam Michael nie grał w quidditha, gdyż zupełnie go to nie pociągało. Wolał mieć więcej czasu na naukę. Za to David... David zareagował głośnym "TAK!". To nie wróżyło niczego dobrego. Chłopak westchnął; czuł, że jego młodszy brat mimo wszystko b ę d z i e  rozrabiał, a jemu nie uda się nad nim zapanować.
Dalsze ogłoszenia dyrektora były raczej drobne: kto jest prefektem jakiego domu, wymienił nazwisko Naczelnego Prefekta (Nicole Weasley z Gryffindoru), mówił jeszcze przez chwilę o domach i ich zaletach. Następnie uczniowie odśpiewali hymn Hogwartu (którego Michael szczerze nie znosił). Na koniec dyrektor oznajmił swym donośnym głosem:
- Więc w takim razie zaczynamy ucztę! - i wszyscy zabrali się do jedzenia. Michael z dezaprobatą przyglądał się zachłannym pierwszoroczniakom. Czy oni mają bezdenne żołądki? W ostateczności nałożył sobie trochę sałatki z kurczaka i budyniu. Wiedział, że nie należy jeść dużo na noc. Ale David...nie wiedział. Michael zmusił się, by na niego nie patrzeć; zrobiło mu się niedobrze.
- David! -nie wytrzymał w końcu. - T r o c h ę   k u l t u r y   p r z y   j e d z e n i u!
David wymownie spojrzał w sufit..
- Nie chcę wyglądać jak ty! -odpowiedział.
Oczy Michaela zwęziły się ze złości.
- A jak według ciebie wyglądam? -syknął.
- Jak kościotrup. -rzekł młodszy brat i zabrał się z powrotem do jedzenia. Michael miał ochotę mu przylać.
- A ty jak prosiak. -powiedział jeszcze i upił łyk soku dyniowego. Kątem oka zauważył Laurę przysłuchującą się tej wymianie zdań i omal nie wypluł soku. Zakrztusił się i odstawił kubek.
Mina Laury wyrażała rozbawienie. Właściwie to dziewczynka otwarcie chichotała. Widocznie bardzo bawiła ją ta konwersacja.
Baby, pomyślał chłopak. Ciągle się ryją z byle czego.
Niby co w tym było śmiesznego?
Ta Darkblood całkiem ładnie się śmiała. Pomimo, że zasłaniała usta ręką, słychać było chichoty. Szmaragdowo-srebrne oczy błyskały radośnie, osłonięte opadającą na czoło grzywką. W końcu opanowała się wreszcie, westchnęła i uśmiechnęła się do Michaela. Zignorował to. Dziewczynka zjadła budyń, wypiła trochę soku i usiadła prosto. On również ułożył sztućce tak, jak należało, czyli na godzinie czwartej, i wyprostował się. Nie trzeba było długo czekać, aż brudne talerze zniknęły, a nauczyciele i prefekci domów zarządzili zbiórkę uczniów. Chłopak wstał i dostojnym krokiem udał się wraz z innymi uczniami do lochów. To właśnie tam mieścił się Pokój Wspólny Slytherinu.
Kiedy schodzili po schodach, natknęli się na Irytka. Michal jęknął cicho; nieznośny poltergeist był jednym z powodów, dla których nie lubił Hogwartu.
- Och, ileż tu pierwszoroczniaczków!- zawołał Irytek. -Będzie cudna zabawa!
- Irytku, idź lepiej podręczyć Gryfonów. -rzekł Kale Stivenson, prefekt Ślizgonów.
- Nie, nie, ich zostawiłem sobie na deser.- czarne oczy nicponia zalśniły złowieszczo.
- Irytku, dobrze ci radzę...- kontynuował Kale, ale poltergeist nagle wpadł pomiędzy uczniów, drąc się jak zarzynany smok. Wielu Ślizgonów krzyknęło z przerażenia i uciekło we wszystkie strony; Irytek był w siódmym niebie. Stivenson również wrzeszczał, próbując uspokoić uczniów i zaprowadzić spokój, ale nie miał szans. Irytek był nieodwołalnym królem chaosu. Michael westchnął ciężko i złapał za ramię pierwszego Ślizgona, który mu się nawinął.
- Stać spokojnie! -krzyknął. -Ten głupi poltergeist nic wam nie zrobi, durnie, tylko chce was wystraszyć!
Irytek, dalej wrzeszcząc, skoczył ku Laurze Darkblood, która jako jedyna pierwszoroczna nie wystraszyła się i próbowała pomóc Stivensonowi. Dziewczynka pisnęła i z przerażeniem próbowała osłonić się rękoma, ale Irytek, śmiejąc się upiornie, złapał ją za włosy i zaczął nimi targać we wszystkie strony.
- Czarnula! Czarnula! Popatrzcie tylko na tę małą czarnulę! To piegi czy pryszcze? Ojoj, coś ci się nie podoba? Boli, prawda? -darł się najgłośniej, jak mógł. Laura piszczała z bólu i próbowała go od siebie oderwać, ale na nic się to zdało- szarpał ją wtedy jeszcze mocniej, wyrywając pojedyncze kępki czarnych włosów.
Michael puścił uczniaka i wyciągnął różdżkę. W jednej chwili znalazł się przy Laurze i wycelował prosto w nos Irytka. Poltergeist przestał na chwilę ciągnąć dziewczynkę za włosy i zezował na czubek jego różdżki.
- Puść ją. -powiedział chłopak.
Irytek spojrzał na niego, a jego czarne oczka błysnęły, oświetlone pochodniami na ścianach.
- Bo co mi zrobisz, blondasku? -spytał.
Te słowa przepełniły czarę złości Michaela. Dźgnął różdżką nos poltergeista i krzyknął:
- Expelliarmus!
O dziwo, zaklęcie podziałało. Irytek puścił włosy Laury i z wrzaskiem odleciał parę kroków do tyłu. Kiedy doszedł do siebie, zaczął rzucać obrzydliwe obelgi pod adresem Michaela, ale jego to nie obchodziło. Schował różdżkę do wewnętrznej kieszeni płaszcza i odwrócił się, by iść dalej w kierunku Pokoju Wspólnego. Nie uszedł jednak ani jednego metra, gdy poczuł, że ktoś ciągnie go delikatnie za rękaw. Spojrzał za siebie i ujrzał rozczochraną Laurę z lekko zapuchniętymi od płaczu oczami.
- Dziękuję, że mnie uratowałeś. -powiedziała.
- Nie ma za co. -odparł zdziwiony chłopak.
- Ależ jest. -zielone tęczówki dziewczynki lśniły tajemniczo w półmroku. -Gdyby nie ty, Irytek wyrwałby mi wszystkie włosy. Dzięki. -uśmiechnęła się do niego po czym zeszła po schodach, zostawiając go samego z bardzo dziwnym uczuciem, zwanym zdumieniem. Bardzo rzadko zdarzało się, żeby mu ktoś dziękował- bo po co? Wszyscy uważali, że robi to, co powinien, i nie należy mu się za to jakakolwiek wdzięczność.
Dotarł do ściany będącej wejściem do dormitorium Slytherinu, kiedy dziewczynka była już w środku, zaprowadzona tam razem z resztą pierwszoroczniaków przez prefekta. Stanął przed nią i powiedział hasło:
- Szmaragdowy wąż.
Ściana odsunęła się i Michael wszedł do zalanego zielonym światłem Pokoju Wspólnego. Nad kominkiem, na samym środku kamiennej ściany widniał wielki herb Slytherinu, wrzeźbiony ręką prawdziwego mistrza. Kamienną posadzkę pokrywały dywany ozdobione wężami, a pod sufitem wisiały żelazne żyrandole ze świeczkami o płomieniach barwy zieleni; tylko one i ogromny kominek dawały światło, a reszta komnaty pogrążona była w ciemnościach. Było tu chłodno- w końcu lochy mieściły się pod jeziorem. Na wygodnych, wymoszczonych pluszem fotelach ustawionych przy kominku siedziało paru Ślizgonów i grało w szachy- Michael nie zwrócił na nich uwagi. Przeszedł przez Pokój i udał się do swojego dormitorium. Rupert Silverstorm, Andrew McNally i Smeek Pokenose, którzy dzielili z nim sypialnię, już tam byli i leżeli na swoich łóżkach, gadając o czymś. Kiedy wszedł, zapadła cisza, więc zaczął podejrzewać, że to właśnie on był tematem ich rozmowy.
- Witaj, Michael. -powiedział Smeek.- Co tam słychać u Irytka? Słyszałem, że się na niego natknęliście.
- Dlaczego ty i Andrew nie poszliście od razu do Pokoju?- spytał chłopak, choć zupełnie go to nie obchodziło. Smeek uśmiechnął się po szelmowsku i odpowiedział:
- No cóż, mieliśmy kilka spraw do załatwienia. Pamiętasz tych Gryfonów, którzy zaczęli nas wyzywać w pociągu, prawda? Postanowiliśmy nauczyć ich szacunku do Wężów.
- Ach tak.
Michael przebrał się i wlazł do łóżka. Chciał zasnąć, ale gdy zamknął oczy, Smeek dodał w zamyśleniu:
- Ciekawe, czy ten głupek szybko się pozbędzie tych niebieskich krost...
Chłopak chciał parsknąć śmiechem, ale zrezygnował. Ułożył się wygodniej, i nie minęło kilka minut, jak zasnął.
W nocy miał sen. Stał w ciemnym korytarzu, oświetlonym dwoma czy trzema pochodniami. Na końcu korytarza coś poruszało się niezgrabnie, czarne i zamglone, jak postać wykonana z cienia. Postąpił krok do przodu, a wtedy postać coś powiedziała. Jednak od razu po tym zapomniał, co. Puste, blade oczy zajaśniały w mroku.
Przez całą noc nie miał innych snów, a gdy rano się obudził, nic nie pamiętał.

6 komentarzy:

  1. Jej! Jest przydział Merry! Super!!!!!! Świetnie piszesz. :) Zostaniesz na pewno najlepszą pisarką! ☆★☆

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki xD wątpię, że najlepszą, ale może kiedyś zdobędę trochę sławy... :P a tak szczerze: jakie są Twoje odczucia co do osoby, z której punktu widzenia napisany był ten rozdział? Jak oceniasz Michaela? Jest on według Ciebie raczej ciekawą czy nieinteresującą postacią? Czekam na odpowiedź :) pomoże mi w dalszym kreowaniu.

      Usuń
    2. Laura: baaardzo miła, warta zaufania i przyjaźni Co do Michaela:poważny, ale jest mimo to ciekawą postacią. Bardzo interesujący i pochłaniający blog. :) Czekam na następny rozdział! :D

      Usuń
  2. Cyz! Pięknie napisane! Michael powinien mieć jedną cechę, dzięki której czytelnik go polubi i będzie chciał za nim podążać. Wyposaż go w nią jak najszybciej i będzie ok!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, właśnie mi głównie o to chodzi że na początku on ma być tym wrednym, chamskim, zapatrzonym w siebie "Narcyzem", a dopiero potem może się troszkę zmieni ;P

      Usuń
  3. Kiedy następne rozdziały??? Będzie spam jak do za tydzień nie będzie rozdziału!

    OdpowiedzUsuń