Wybaczcie, pisanie tego rozdziału zajęło mi o wiele więcej, niż planowałam :( to przez szkołę! Za tydzień egzamin... no dobra, trzymajcie za mnie kciuki! ;) A teraz... co? Albo raczej: kto?...
~*~
- SLYTHERIN!!! -wrzasnęła Tiara. Drobna, szczupła dziewczynka zdjęła ją z głowy i położyła ostrożnie na stołku, po czym podeszła do stołu Ślizgonów. W jednej chwili jej szaty zalśniły zielenią, a na piersi po lewej stronie- tam, gdzie serce- przybyła odznaka Domu Wężów. Powitały ją huczne brawa, gwizdy i wiwaty.
Usiadła prawie naprzeciwko niego. Spinka w kształcie narcyza błysnęła w słońcu.
Wyglądała bardzo przyzwoicie; jak przystało na czarownicę czystej krwi. Emanowała z niej radość i duma, poruszała się z niewymuszoną gracją, którą, bądź co bądź, trudno zaobserwować u mugolaków. Kruczoczarne włosy opadały na bladą twarz, przysłaniając jedno z zielonych oczu. Te zielone oczy nie były charakterystyczne dla jej rodu- Darkblood'owie mieli zwykle piwne tęczówki. Reszta rysów twarzy się zgadzała- lekko zadarty nos, ostry podbródek, blada, lekko piegowata cera i ciepłe spojrzenie. Ach, ale ten narcyz! Sześć mlecznobiałych płatków, pomarańczowy środek i złoty cekin czy koralik na samym środku- to on tak błyskał. Po co jej ta spinka? Nie zdjęła jej nawet na tak ważną uroczystość jak Ceremonia Przydziału. W sumie, wyglądała całkiem ładnie na tle czarnych włosów, choć nie była zbyt wymyślna.
Prawdopodobnie zwykła pamiątka rodzinna.
Ma ładne oczy, pomyślał. Takie żywe...
O, teraz właśnie się do niego odwróciła . Zapewne wyczuła, że jej się przygląda. Srebrzyste żyłeczki w jej tęczówkach błysnęły radośnie. Posłał jej zimne, wyniosłe spojrzenie, opanowane do perfekcji przez te siedem lat. To była jego wizytówka, jego ostrzeżenie. Nie ma szans.
Ale ale! O dziwo, nie cofnęła wzroku. Dalej patrzyła mu prosto w oczy. Czyżby cokolwiek dostrzegła? Przecież to niemożliwe... szmaragdowe oczy dziewczynki zdawały się przełamywać, roztapiać jego tarczę obronną...
Uśmiechnęła się lekko, jakby nie zdawała sobie sprawy, co chłopak czuje. I dopiero wtedy odwróciła wzrok, by spojrzeć na Ceremonię. To dobrze. Prawie jej się udało.
Michael również zerknął w stronę Tiary. Kolejni podnieceni, mali uczniowie wciągali ją na głowy po czym po chwili biegli w stronę właściwego stołu. Chłopak czuł do nich coś w rodzaju niechęci; większość z nich była mugolskiego pochodzenia. Prawdziwych czarodziei jest coraz mniej.
- Lbatln, Merry!- wyczytała z listy profesor Dice.
Drobna, czarnowłosa dziewczynka o brązowych oczach w kształcie migdałów podeszła do stołka. Jej kroki były sprężyste, na twarzy malowała się pewność siebie, a głowa była wysoko uniesiona, co dodawało jej wdzięku. Naturalna, jasnobrązowa skóra wyglądała jak lekka opalenizna. Usiadła, a Tiara, podobnie jak Laurze, zakryła jej całą głowę. Po krótkiej chwili czarodziejski kapelusz krzyknął:
- HUFFLEPUFF!!
Od stołu Puchonów rozległy się gromkie brawa. Ku zdziwieniu Michaela, mała Darkblood również wstała i klaskała. Merry Lbatln zobaczyła to i pomachała do niej. Dumnie zasiadła obok uradowanego Grubego Mnicha. Chłopak przyglądał się jej jeszcze przez chwilę. Dziewczynka rozmawiała teraz z jakąś blondyną po swojej lewej stronie. Zastanowił się, skąd zna jej nazwisko. Ach tak... jej rodzice zginęli, gdy nie wyszło im jakieś zaklęcie, przynajmniej tak pisali w Proroku Codziennym. Smutne... Mimo to nie wyglądała na skrzywdzoną przez życie, wręcz przeciwnie, trzymała się dobrze, była dzielna i pewna siebie. I wesoła. Zaśmiewała się teraz z jakiegoś żartu opowiedzianego przez blondynę.
- Lyra, Nikitas! -przeczytała kolejne nazwisko Dice.
- ...RAVENCLAW!!
Michael odetchnął głęboko- wiedział, czyje nazwisko zostanie teraz wyczytane...
- Malfoy, David!
Chłopak opuścił prawą rękę pod stół i zacisnął palce. Minęła chwila, długa jak godzina, po czym Tiara Przydziału krzyknęła:
- SLYTHERIN!!
Michael westchnął z ulgą. Bał się, że jego młodszy brat zostanie Puchonem, czy coś. Na szczęście jest w Slytherinie, być może jeszcze nie zgłupiał do reszty... David z uśmiechem podszedł do stołu Wężów i usiadł naprzeciwko niego, co mu się nie bardzo spodobało. Wolał go mieć pod ręką, na wszelki wypadek.
- I co? -spytał David. Michael nie odpowiedział, tylko posłał mu chłodne spojrzenie. Chłopiec westchnął i zaczął przyglądać się Ceremonii. Uroczystość dłużyła się nieznośnie. Kolejnych kilku chłopaków zostało przydzielonych do Gryffindoru, jakaś dziewczynka o mysich włosach została Krukonką...
- Novak! Luc... Uuc... chwileczkę... co? Lucy!
Wśród pierwszoroczniaków zapanowało poruszenie, mimo to nikt nie wystąpił. Profesor Dice spojrzała na nich z dezaprobatą, po czym powtórzyła:
- Novak, Lucinda!
- Łucja...- powiedział jakiś nieśmiały głosik i średniego wzrostu dziewczynka została wypchnięta do przodu. Niepewnie podeszła do stołka i założyła Tiarę, prawie ją upuszczając. Mugolak, pomyślał Michael ze wstrętem.
-... GRYFFINDOR!!
Chłopak prychnął z pogardą. No tak, typowe. Najgorsze łamagi to zawsze trafiają do Gryffu.
Laura znów wstała i zaczęła klaskać. Lucy Novak posłała jej blady uśmiech i zniknęła pośród wiwatujących Gryfonów. Michael zdziwił się zachowaniem Darkblood. Wszystko wskazywało na to, że zadaje się z pospolitymi mugolakami! To było niedopuszczalne; czystej krwi Ślizgonka, która lubi szlamę z Gryffindoru...z obrzydzeniem spojrzał na stół Lwów.
Tak nie może być.
Będzie musiał coś z tym zrobić.
Zerknął z niepokojem na Davida. A z kim on się kumpluje? W przedziale razem z nim siedział ten młody Silverstorm, o niego był spokojny, czysta krew i w dodatku ma brata w tej samej klasie co on. Ale ten drugi, ciemnowłosy chudzielec? Jakoś nie przypominał sobie, by miał rysy któregoś z rodów...
- Pyrros, Nikita!
-...RAVENCLAW!!
Może już został przydzielony? Na to wyglądało. Michael zaklął cicho pod nosem. Musi poznać tożsamość tego chłopaka, w razie czego się go pozbyć. Jedna szlama już wystarczy. Oby nie był mugolakiem...
Michael wątpił, by David miał na tyle rozumu, by umieć wybierać sobie przyjaciół pośród p r a w d z i w y c h czarodziei. Dla niego mag był magiem, bez względu na status krwi. Ale dla starszego z braci to się liczyło. Mugolak był odmieńcem, czymś nienaturalnym, co powinno się niszczyć. Tylko czysta krew powinna mieć dostęp do świata magii. Bo na przykład taka Novak- tu Michael spojrzał z odrazą na stół Gryffindoru. Jest szlamą, to widać na pierwszy rzut oka- żadnego wdzięku, żadnych umiejętności, tylko taka prosta mugolka z różdżką w ręce. Tak właśnie ją widział. I musi się jej koniecznie pozbyć z grona przyjaciół Laury...
- Ring, Colin!
Michael zacisnął palce na krawędzi stołu. To on! A więc Ring... syn Klaudiusza Ringa, czarodzieja czystej krwi, który jednak ożenił się z mugolką. A więc chłopiec jest półkrwi. Okropny mieszaniec... ale niech będzie. W końcu to nie jego wina, że ma głupiego ojca.
- SLYTHERIN!! -krzyknęła Tiara, a Michael całkowicie się uspokoił. Klasnął nawet parę razy, by powitać nowego Ślizgona. Colin usiadł obok Davida, pomiędzy nim a Laurą Darkblood. Ta spojrzała na niego, a na jej twarzy odmalował się wyraz miłego zaskoczenia. Czyli że się znają, to dobrze. Colin zapozna ją z Davidem, a Michael wierzył, że będzie ona miała na niego dobry wpływ. Nawet, jeśli brata się z mugolakami.
Colin odwrócił się do Laury i uśmiechnął się, równie zdziwiony. Wyciągnął rękę i powiedział:
- Hej! Dobrze cię widzieć! Byliśmy razem w łódce, pamiętasz? A tak w ogóle, jestem Colin Ring.
- Laura Darkblood. Miło cię poznać.- odpowiedziała dziewczynka i uścisnęła jego rękę.
Czyli że przedtem znali się tylko z widzenia... no cóż. Teraz już znają się osobiście. Wszystko więc szło po jego myśli.
Lubił, gdy tak się działo. Był chłopcem ambitnym, rozważnym, pomysłowym. Miał dobrą pamięć do szczegółów i talent do gromadzenia informacji. Wiedział, jak niepostrzeżenie znaleźć się o właściwym czasie we właściwym miejscu. Ponad to miał, jego zdaniem, dwie najważniejsze cechy: czystość krwi i zdolność nieokazywania własnych emocji. Wiedział też, że ze znajomościami, pieniędzmi i dobrym wykształceniem można zajść naprawdę daleko, toteż był uczniem pilnym, sumiennym, zdobywał pochwały od nauczycieli i dbał o to, by zapoznać się z osobami na najlepszej drodze do kariery. O pieniądze się nie martwił- w końcu jego ojciec był milionerem.
Była jeszcze jedna cecha, która mu schlebiała: był po prostu przystojnym chłopakiem. Jasne, prawie białe włosy sięgające mu do ramion, błękitne oczy, blada cera no i ten naturalny wdzięk osoby czystej krwi. Wiele dziewczyn za nim szalało, ale on o to nie dbał, co najwyżej wykorzystywał to do własnych celów. Sam nigdy się nie zakochał, o nie, co to, to nie. I nie miał zamiaru. Bo po co? Te wszystkie romantyczne bzdurki napawały go obrzydzeniem. Są dobre dla dziewczyn. Michael był materialistą. Realistą. Nie potrzebował miłości.
Co dziwne, jego przygłupi młodszy brat nie miał tych cech. Był, co prawda, czystej krwi arystokratą, ale zupełnie zdziczałym. Wciąż zaszywał się w bibliotece z "Baśniami Barda Beedle'a", "Sercem Smoka", "Erą Szarej Magii" czy innymi opowiadaniami, które powodowały, że był nieznośny, pyskaty, miał własne zdanie na prawie każdy temat i ciągnęło go do "przygody". Według Michaela były to nic nie znaczące historyjki o rzeczach, które się nigdy nie zdarzyły i nie zdarzą. W rzeczywistości sam kiedyś przepadał za "Sercem Smoka" i poszczególnymi baśniami Beedle'a, ale już dawno się ich wyparł. Właściwie to siedem lat temu. Właściwie wyparł się całego dzieciństwa...
David buszował też ciągle po ogrodzie, czego jego starszy brat nie robił. Nie wyobrażał sobie bowiem, żeby łażenie po drzewach i krzaczorach, wpadanie do jeziora i bieganie po lesie było przyjemne. On tego nie robił. Od dawna...
Z zamyślenia wyrwały go głośne wiwaty Ślizgonów. To młody Silverstorm trafił do Slytherinu. Usiadł obok Davida.
Michael westchnął i zerknął jeszcze raz na Laurę. Gapiła się spokojnie na Ceremonię, jakby ją to cokolwiek interesowało. Rozdygotane płomienie świeczek oświetlały jej twarz z jednej strony, nadając jej dramatyczny i tajemniczy wygląd. Była ładna. Nie jakoś bardzo piękna, tylko zwyczajnie ładna.
Teraz po raz trzeci wstała i klaszcze. Chyba chodzi o tą Kate Snowflake, trafiła do Ravenclawu. Czysta krew. Może być...
Usiadła i ich oczy znów się spotkały. Jej były ciepłe, radosne, zielono- srebrzyste. Jego- błękitne, puste i nieczułe. Zawahała się i spuściła wzrok. Normalnie by go to ucieszyło; w końcu o to właśnie chodzi. Ale nie tym razem. Czuł, że to zwycięstwo w jakiś sposób było nieuczciwe.
Ślizgoni znów wiwatowali. Nie obchodziło go, kto dołączył. I tak pozna jego nazwisko, gdy tylko będzie chciał.
I znów ktoś dołączył do Gryffindoru. Jak co roku, Gryfonami zostało o połowę więcej uczniów niż Ślizgonami. Gryfoni to najczęściej mugolaki lub półkrwi czarodzieje o niskich ambicjach, wybujałej wyobraźni i potęcjalnej odwadze, której jednak trudno się u nich doszukać. Podobnie Krukoni- ale tych Michael bardziej szanował, bo byli podobni do niego- poważni i inteligętni.
Także do Hufflepuffu dołączyło niewielu uczniów. Puchoni byli powszechnie uważani za kretynów, mięczaków, naiwniaków i żółtodziobów. Dom Borsuka uchodził za dom, do którego trafiali niczym się nie wyróżniający, kiepscy czarodzieje.
Jednak Michael tak nie uważał, choć czasem miał napady wstrętu do Puchonów. I raczej większość Slytherinu, a przynajmniej ci uczniowie, którzy mieli trochę oleju w głowach, też tak nie uważało. Borsuki są to uczniowie sprawiedliwi, pomocni, pracowici i mili, choć podatni na szyderstwa. W większości byli półkrwi, choć zdarzały się wyjątki.
Do Slytherinu wstręt czuli Gryfoni i znaczna część Krukonów. Puchoni szanowali wszystkie domy, ale najbardziej Slytherin, bo Ślizgoni nie byli do nich tak wrogo nastawieni. Węże i Borsuki czasem knuli razem przeciwko Gryfonom.
Michael spojrzał na stół Puchonów i doznał lekkiego wstrząsu; wysoki, chudy, czarnowłosy chłopak o bladej cerze i piwnych oczach wpatrywał się ze wstrętem w tył głowy Laury. Wyglądało na to, ż e jest jej bratem. I, co gorsza, nie podziela jej radości na temat przydzielenia do Slytherinu. Zapewne szykował jej już miejsce obok siebie przy stole Borsuków. Właściwie to Laura była dziwną istotą: na pierwszy rzut oka ni można by jej dać do Slytherinu, tylko raczej do Hufflepuffu czy Ravenclawu. Mimo to została Ślizgonką. Dziwne...
Michaelowi nie podobał się sposób, w jaki młody Darkblood patrzył na swoją siostrę. Był w tym spojrzeniu jakiś wstręt, odraza, jak gdyby dziewczynka popełniła zbrodnię, jakby rzuciła zaklęcie A v a d a K e d a v r a i oddzieliła się od reszty rodziny.
A przecież niczego złego nie zrobiła.
Więc po co się na nią tak gapisz?, pomyślał Michael. Chłopak jakby to wyczuł i przeniósł wzrok na niego. W jego oczach błysnęła otwarta wrogość. Michael nie powstrzymał się, by nie uśmiechnąć się z satysfakcją. I co, głupi Puchonie? Nie udało się. Należy teraz do Domu Węża, tak, jak było jej przeznaczone!
Co z tego, że brat Laury był od niego starszy, i to o chyba nawet ze trzy lata? Michael uważał się teraz za mądrzejszego, sprytniejszego i bliższego Laurze. W końcu- była w j e g o domiie.
Ceremonia Przydziału powoli się kończyła, i bardzo dobrze, bo chłopak zaczynał się nudzić. Nie przepadał za większymi uroczystościami. Za dużo ludzi. On wolał samotność. Jeszcze kilku uczniów trafiło do Gryffindoru, jakiś niski chłopaczyna został Krukonem a dwie śmieszki- Puchonkami. Ślizgonami zostało łącznie dwudziestu trzech uczniów. Gryfonami- czterdziestu siedmiu. I gdzie tu sprawiedliwość?
No cóż, ale, jak Michael sam twierdził, ludzi inteligentnych jest mniej.
Ostatni pierwszoroczniak trafił do Ravenclawu. Michaelowi nawet nie chciało się liczyć, ilu Krukonów przybyło w tym roku. Rozległy się głośne brawa, które trwały dopóty, dopóki dyrektor, Philip Whitebeard, nie wstał od stołu nauczycielskiego. Popatrzył dobrodusznie na uczniów i zaczekał, aż rozmowy ucichną.
- Moi kochani!- rzekł w końcu.- Witam was wszystkich bardzo serdecznie! I tych, którzy są tu po raz pierwszy, i tych, którzy wrócili po wakacjach na kolejny rok nauki! Na sam początek mam dla was dwie wiadomości: dobrą i złą. Od której zacząć?
Przez Wielką Salę przeszedł pomruk. Pojedynczy uczniowie krzyknęli: "Dobrą!", "Złą!". W końcu dyrektor powiedział:
- A więc zacznę od tej złej. Profesor Threeboom, dotychczas uczący opieki nad magicznymi stworzeniami, poważnie zachorował i nie może kontynuować nauczania. Zastąpi go pani profesor Heatcher Wolftail.
Szepty uczniów i niezadowolone jęki rozległy się od wszystkich stołów. Uczniowska społeczność Hogwartu nie lubiła zmian. Każda zmiana mogła być w końcu zmianą na gorsze. Nikt jak na razie nie miał nic do nowej nauczycielki, ale Threeboom też był dobry. Mimo tej dezaprobaty, Wolftail wstała ze swojego miejsca i ukłoniła się uczniom. Była dość drobna i miała jasne blond włosy.
- Natomiast dobrą wiadomością jest to -kontynuował dyrektor- że Stadion Quidditha został naprawiony i od przyszłego tygodnia będzie można zapisywać się do drużyn.
Uradowani uczniowie zaczęli klaskać i wiwatować. Od zeszłego roku stadion, na którym odbywały się mecze quidditha był nieczynny, a to ze względu na Gryfonów, którzy się po nim rozbijali i narobili takich szkód, że trzeba go było zamknąć. Sam Michael nie grał w quidditha, gdyż zupełnie go to nie pociągało. Wolał mieć więcej czasu na naukę. Za to David... David zareagował głośnym "TAK!". To nie wróżyło niczego dobrego. Chłopak westchnął; czuł, że jego młodszy brat mimo wszystko b ę d z i e rozrabiał, a jemu nie uda się nad nim zapanować.
Dalsze ogłoszenia dyrektora były raczej drobne: kto jest prefektem jakiego domu, wymienił nazwisko Naczelnego Prefekta (Nicole Weasley z Gryffindoru), mówił jeszcze przez chwilę o domach i ich zaletach. Następnie uczniowie odśpiewali hymn Hogwartu (którego Michael szczerze nie znosił). Na koniec dyrektor oznajmił swym donośnym głosem:
- Więc w takim razie zaczynamy ucztę! - i wszyscy zabrali się do jedzenia. Michael z dezaprobatą przyglądał się zachłannym pierwszoroczniakom. Czy oni mają bezdenne żołądki? W ostateczności nałożył sobie trochę sałatki z kurczaka i budyniu. Wiedział, że nie należy jeść dużo na noc. Ale David...nie wiedział. Michael zmusił się, by na niego nie patrzeć; zrobiło mu się niedobrze.
- David! -nie wytrzymał w końcu. - T r o c h ę k u l t u r y p r z y j e d z e n i u!
David wymownie spojrzał w sufit..
- Nie chcę wyglądać jak ty! -odpowiedział.
Oczy Michaela zwęziły się ze złości.
- A jak według ciebie wyglądam? -syknął.
- Jak kościotrup. -rzekł młodszy brat i zabrał się z powrotem do jedzenia. Michael miał ochotę mu przylać.
- A ty jak prosiak. -powiedział jeszcze i upił łyk soku dyniowego. Kątem oka zauważył Laurę przysłuchującą się tej wymianie zdań i omal nie wypluł soku. Zakrztusił się i odstawił kubek.
Mina Laury wyrażała rozbawienie. Właściwie to dziewczynka otwarcie chichotała. Widocznie bardzo bawiła ją ta konwersacja.
Baby, pomyślał chłopak. Ciągle się ryją z byle czego.
Niby co w tym było śmiesznego?
Ta Darkblood całkiem ładnie się śmiała. Pomimo, że zasłaniała usta ręką, słychać było chichoty. Szmaragdowo-srebrne oczy błyskały radośnie, osłonięte opadającą na czoło grzywką. W końcu opanowała się wreszcie, westchnęła i uśmiechnęła się do Michaela. Zignorował to. Dziewczynka zjadła budyń, wypiła trochę soku i usiadła prosto. On również ułożył sztućce tak, jak należało, czyli na godzinie czwartej, i wyprostował się. Nie trzeba było długo czekać, aż brudne talerze zniknęły, a nauczyciele i prefekci domów zarządzili zbiórkę uczniów. Chłopak wstał i dostojnym krokiem udał się wraz z innymi uczniami do lochów. To właśnie tam mieścił się Pokój Wspólny Slytherinu.
Kiedy schodzili po schodach, natknęli się na Irytka. Michal jęknął cicho; nieznośny poltergeist był jednym z powodów, dla których nie lubił Hogwartu.
- Och, ileż tu pierwszoroczniaczków!- zawołał Irytek. -Będzie cudna zabawa!
- Irytku, idź lepiej podręczyć Gryfonów. -rzekł Kale Stivenson, prefekt Ślizgonów.
- Nie, nie, ich zostawiłem sobie na deser.- czarne oczy nicponia zalśniły złowieszczo.
- Irytku, dobrze ci radzę...- kontynuował Kale, ale poltergeist nagle wpadł pomiędzy uczniów, drąc się jak zarzynany smok. Wielu Ślizgonów krzyknęło z przerażenia i uciekło we wszystkie strony; Irytek był w siódmym niebie. Stivenson również wrzeszczał, próbując uspokoić uczniów i zaprowadzić spokój, ale nie miał szans. Irytek był nieodwołalnym królem chaosu. Michael westchnął ciężko i złapał za ramię pierwszego Ślizgona, który mu się nawinął.
- Stać spokojnie! -krzyknął. -Ten głupi poltergeist nic wam nie zrobi, durnie, tylko chce was wystraszyć!
Irytek, dalej wrzeszcząc, skoczył ku Laurze Darkblood, która jako jedyna pierwszoroczna nie wystraszyła się i próbowała pomóc Stivensonowi. Dziewczynka pisnęła i z przerażeniem próbowała osłonić się rękoma, ale Irytek, śmiejąc się upiornie, złapał ją za włosy i zaczął nimi targać we wszystkie strony.
- Czarnula! Czarnula! Popatrzcie tylko na tę małą czarnulę! To piegi czy pryszcze? Ojoj, coś ci się nie podoba? Boli, prawda? -darł się najgłośniej, jak mógł. Laura piszczała z bólu i próbowała go od siebie oderwać, ale na nic się to zdało- szarpał ją wtedy jeszcze mocniej, wyrywając pojedyncze kępki czarnych włosów.
Michael puścił uczniaka i wyciągnął różdżkę. W jednej chwili znalazł się przy Laurze i wycelował prosto w nos Irytka. Poltergeist przestał na chwilę ciągnąć dziewczynkę za włosy i zezował na czubek jego różdżki.
- Puść ją. -powiedział chłopak.
Irytek spojrzał na niego, a jego czarne oczka błysnęły, oświetlone pochodniami na ścianach.
- Bo co mi zrobisz, blondasku? -spytał.
Te słowa przepełniły czarę złości Michaela. Dźgnął różdżką nos poltergeista i krzyknął:
- Expelliarmus!
O dziwo, zaklęcie podziałało. Irytek puścił włosy Laury i z wrzaskiem odleciał parę kroków do tyłu. Kiedy doszedł do siebie, zaczął rzucać obrzydliwe obelgi pod adresem Michaela, ale jego to nie obchodziło. Schował różdżkę do wewnętrznej kieszeni płaszcza i odwrócił się, by iść dalej w kierunku Pokoju Wspólnego. Nie uszedł jednak ani jednego metra, gdy poczuł, że ktoś ciągnie go delikatnie za rękaw. Spojrzał za siebie i ujrzał rozczochraną Laurę z lekko zapuchniętymi od płaczu oczami.
- Dziękuję, że mnie uratowałeś. -powiedziała.
- Nie ma za co. -odparł zdziwiony chłopak.
- Ależ jest. -zielone tęczówki dziewczynki lśniły tajemniczo w półmroku. -Gdyby nie ty, Irytek wyrwałby mi wszystkie włosy. Dzięki. -uśmiechnęła się do niego po czym zeszła po schodach, zostawiając go samego z bardzo dziwnym uczuciem, zwanym zdumieniem. Bardzo rzadko zdarzało się, żeby mu ktoś dziękował- bo po co? Wszyscy uważali, że robi to, co powinien, i nie należy mu się za to jakakolwiek wdzięczność.
Dotarł do ściany będącej wejściem do dormitorium Slytherinu, kiedy dziewczynka była już w środku, zaprowadzona tam razem z resztą pierwszoroczniaków przez prefekta. Stanął przed nią i powiedział hasło:
- Szmaragdowy wąż.
Ściana odsunęła się i Michael wszedł do zalanego zielonym światłem Pokoju Wspólnego. Nad kominkiem, na samym środku kamiennej ściany widniał wielki herb Slytherinu, wrzeźbiony ręką prawdziwego mistrza. Kamienną posadzkę pokrywały dywany ozdobione wężami, a pod sufitem wisiały żelazne żyrandole ze świeczkami o płomieniach barwy zieleni; tylko one i ogromny kominek dawały światło, a reszta komnaty pogrążona była w ciemnościach. Było tu chłodno- w końcu lochy mieściły się pod jeziorem. Na wygodnych, wymoszczonych pluszem fotelach ustawionych przy kominku siedziało paru Ślizgonów i grało w szachy- Michael nie zwrócił na nich uwagi. Przeszedł przez Pokój i udał się do swojego dormitorium. Rupert Silverstorm, Andrew McNally i Smeek Pokenose, którzy dzielili z nim sypialnię, już tam byli i leżeli na swoich łóżkach, gadając o czymś. Kiedy wszedł, zapadła cisza, więc zaczął podejrzewać, że to właśnie on był tematem ich rozmowy.
- Witaj, Michael. -powiedział Smeek.- Co tam słychać u Irytka? Słyszałem, że się na niego natknęliście.
- Dlaczego ty i Andrew nie poszliście od razu do Pokoju?- spytał chłopak, choć zupełnie go to nie obchodziło. Smeek uśmiechnął się po szelmowsku i odpowiedział:
- No cóż, mieliśmy kilka spraw do załatwienia. Pamiętasz tych Gryfonów, którzy zaczęli nas wyzywać w pociągu, prawda? Postanowiliśmy nauczyć ich szacunku do Wężów.
- Ach tak.
Michael przebrał się i wlazł do łóżka. Chciał zasnąć, ale gdy zamknął oczy, Smeek dodał w zamyśleniu:
- Ciekawe, czy ten głupek szybko się pozbędzie tych niebieskich krost...
Chłopak chciał parsknąć śmiechem, ale zrezygnował. Ułożył się wygodniej, i nie minęło kilka minut, jak zasnął.
W nocy miał sen. Stał w ciemnym korytarzu, oświetlonym dwoma czy trzema pochodniami. Na końcu korytarza coś poruszało się niezgrabnie, czarne i zamglone, jak postać wykonana z cienia. Postąpił krok do przodu, a wtedy postać coś powiedziała. Jednak od razu po tym zapomniał, co. Puste, blade oczy zajaśniały w mroku.
Przez całą noc nie miał innych snów, a gdy rano się obudził, nic nie pamiętał.
poniedziałek, 24 marca 2014
sobota, 8 marca 2014
Rozdział III. Tiara Losu
Merry :D moja 3 ulubiona postać <3 ale to tak btw. No i jeden z moich ulubionych rozdziałów, w końcu Laura zostaje przydzielona :) I nigdy, nigdy nie powinno być inaczej, choćby nie wiem co ;*
~*~
Zaczynało się ściemniać. Laura musiała przerwać grę w zagadki z przyjaciółkami i ubrać się w szkolną szatę. Razem z nią w przedziale siedziały Merry Lbatln, Łucja Nowak, która przyjechała z Polski i Kate Snowflake. Dziewczyny również zaczęły się przebierać.
Na początku gdy Laura weszła do wagonu była sama w przedziale, ale zaraz dołączyła do niej roześmiana Merry, a chwilę po niej Kate, która potknęła się o szalik, wystający z jej kufra. Łucja przyszła na końcu, pukając nieśmiało, ale została powitana równie ciepło. Z czasem dołączyła nawet do rozmowy dziewczyn i okazało się, że wie dużo na temat historii Hogwartu.
- Było czterech założycieli, od ich nazwisk pochodzą nazwy domów: Godryk Gryffindor, Helga Hufflepuff, Rowena Ravenclaw i Salazar Slytherin. Każdy z nich przyjął sobie jakieś zwierze jako symbol- Godryk lwa, Helga borsuka, Rowena orła a Salazar węża. Na początku nauczali wszystkich uczniów razem, ale potem podzielili się na domy. Slytherin bowiem cenił sobie czystą krew, Gryffindor odwagę, Ravenclaw inteligencję a Hufflepuff pracowitość. Ja najbardziej chciałabym być w Gryffindorze, tam gdzie byli legendarni Harry, Ron i Hermiona oraz wielu innych świetnych czarodziei. W ogóle to Gryfoni zawsze dawali dobry przykład i imponują mi swoją odwagą i prawością! I ja też bym chciała być taka jak oni. A wy?
- Ja tam wolę Slytherin albo Hufflepuff. -stwierdziła Merry.- W końcu każdy może dawać dobry przykład, co nie? A w Slytherinie też było wielu wielkich magów...
- Wielkich, ale złych!...- nie dała za wygraną Łucja.
- Złych, ale wielkich!
- Ja bym na pewno nie chciała być w Slytherinie, bo Ślizgoni są wredni i chciwi, historia to pokazuje. Przecież Voldemort był w Slytherinie! I jego sługi też! Ślizgoni lubią czarną magię, gardzą innymi i w ogóle...
Laura zmarszczyła brwi. Chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała, co. Na szczęście wybawiła ją Kate, wtrącając się do rozmowy.
- A ja wolę Ravenclaw i Hufflepuff, ponieważ uważam, że jeśli w Hogwarcie powinno nauczać się czegoś poza magią, to jest to pracowitość i moralność. Odwagę ma każdy w sercu, i owszem, powinien ją w sobie odkryć, ale odwaga ma swoje granice, a mądrość zdobywamy całe życie i nigdy nie jest jej dość. I nie chodzi mi o to, by znać wszystkie księgi na pamięć, tylko o prawdziwą życiową mądrość i doświadczenie. Ja chciałabym je zgłębiać przez te lata nauki w Hogwarcie.
Widać było, że Łucja nie do końca się z nią zgadza, ale się już nie odezwała. Rozmowa zeszła na inny temat, choć Laura jeszcze przez jakiś czas czuła, że powinna coś wtedy powiedzieć, nadal jednak nie potrafiła ubrać to w słowa.
Narzuciła teraz na siebie długą, czarną szatę i poprawiła rękawy. Do Hogwartu było już niedaleko. Gdy wszystkie się ubrały, Laura usiadła na swoim miejscu i wgryzła się w czekoladową żabę (ależ się obłowiły słodyczami z wózka, mniam). Zjadła ją i spojrzała na kartę. Czarnooki mag o ciemnych włosach wpatrywał się w nią z uwagą. Laurę uderzyło to, że wyczuła w tym spojrzeniu jakąś przyganę.
Severus Snape. - przeczytała w myślach.
No co?, pomyślała. Co miałam powiedzieć? Nie mam pojęcia. Było, minęło, nie patrz tak na mnie!
Snape, profesor Snape, opiekun Slytherinu.
Westchnęła i odwróciła kartę, choć opis znała prawie na pamięć. Jeszcze raz spojrzała na obrazek, po czym włożyła kartę do kieszeni. Merry właśnie na nowo zaczęła grę w zgadywanki, ale Laura odmówiła udziału. Rozmyślała na temat tego, co powiedziała Łucja. I co ona sama miała powiedzieć. Czuła, że powinna. Ale co? Czy to prawda, że w Slytherinie byli wszyscy czarnoksiężnicy? Jakoś nie mogła sobie tego wyobrazić. Przecież przydział do domu nie zależy od tego, czy będziesz czynić zło, czy nie. A może zależy? Czy gdyby Lord Voldemort był w Ravenclawie, nie zabiłby tylu ludzi?
Nie, powiedziało coś w jej głowie. Slytherin był mu, owszem, przeznaczony, ale to on sam podjął decyzję o tym, kim chce być.
Z zamyślenia wyrwała ją Kate, która nie mogła się powstrzymać, by nie zadać jej zagadki.
- Fala płynęła za falą, aż nagle!
Dziwna przygoda,
Coś jakby je zatrzymało, na kamień stwardniała woda. Co się stało?
- Lód.- po chwili odparła Laura. - Zostały zamrożone.
- Dobrze!- ucieszyła się Kate.- Teraz ty!
Laura zaczęła się zastanawiać, jaką zadać zagadkę. Odpędziło to od niej dręczący temat.
- Część ptaka, której na niebie nie zoczysz.- powiedziała po chwili.- Może pływać po wodzie, ale się nie zmoczy.
Dziewczynki wyraźnie się poruszyły. Każda zaczęła się zastanawiać, o co chodzi. Laura uśmiechnęła się do siebie. Była to stara zagadka, którą usłyszała kiedyś od przyjaciela swojego ojca.
- Serce? -spytała Kate.- Nie, ono się zmoczy...
- Pióra? Niektóre są wodoodporne...- snuła domysły Łucja.
- Nie, pióra można zobaczyć.- stwierdziła Merry.- Moim zdaniem chodzi po prostu o cień!
- Tak.- powiedziała Laura.
- To teraz posłuchajcie tego.- z zapałem rzekła Merry, a jej oczy błysnęły.-
Jam jest głód, który zabija, sto lat nie będę jadł, a mimo to przeżyję.
Gdy raz swe kły zacisnę na tobie to już nas nie rozdzielą, spoczniemy razem w grobie...
Laurę przeszył lekki dreszcz. Zagadka wywarła nie mniejsze wrażenie na pozostałych dziewczynkach.
- Wilkołak.- szepnęła Łucja.
- Tak.- potwierdziła Merry.
W tej samej chwili pociąg zaczął zwalniać. Laura, Merry, Łucja i Kate pościągały swoje kufry z półek i wyszły na korytarz. Ekspres zatrzymał się na niewielkiej stacyjce w lesie, obok sporego jeziora. Uczniowie zaczęli wysiadać. Laura też jakoś przepchnęła się przez tłum i stanęła na trawie. Zaczęła się rozglądać z ciekawością. Było już ciemno, ale dostrzegła dziwne karoce stojące niedaleko pociągu. Zamku nie było widać.
- Pierwszoroczni, za mną!- krzyknął ktoś z tłumu. Laura poszła w tym kierunku i dopiero teraz zauważyła niskiego czarodzieja o włosach przypominających słomę, który zwoływał wszystkich. Szli za nim- ona i kilkudziesięciu innych pierwszoroczniaków- w kierunku jeziora. Gdy zbliżyli się do brzegu ich oczom ukazały się niewielkie, kilkuosobowe łódki. Laura wsiadła do jednej z nich i dostała do ręki świecącą latarenkę.
- Gotowi?- spytał czarodziej.- No to ruszamy!
Jak na komendę wszystkie łódki, a było ich ze czterdzieści (tyle Laura mogła zobaczyć w gęstniejącym mroku) wypłynęły na gładką, ciemną jak atrament taflę jeziora.
Nie trzeba było długo czekać, a oto zza drzew wychynął zamek Hogwartu.
Na Laurze, która w końcu słyszała relacje swojego starszego rodzeństwa na temat jego wielkości i w ogóle, widok ten zrobił kolosalne wrażenie. Był piękny. Uniosła latarenkę do twarzy i przyglądała się mu szeroko otwartymi oczami. W końcu oderwała od niego wzrok i spojrzała na swoich towarzyszy podróży. Dwie jednakowe dziewczynki również nie mogły się nadziwić majestatem Hogwartu, a jakiś chudy, ciemnowłosy chłopak aż rozdziawił usta w niemym zdumieniu. Nagle spostrzegł, że na niego patrzy i zacisnął wargi. Przesłali sobie porozumiewawcze spojrzenia.
Dopłynęli wreszcie do podnóża wzniesienia, na którym stał zamek. Wysiedli z łodzi i wzięli swoje kufry. Słomianowłosy czarodziej znów ich zwołał i zaprowadził do zamku. Weszli przez olbrzymie wrota, później pokonali schody i znaleźli się nagle w olbrzymiej sali, której sufit wyglądał dokładnie tak jak niebo- czarny i usiany gwiazdami. W pomieszczeniu tym stało również pięć stołów- cztery dla uczniów i jeden nauczycielski. Laura zobaczyła jeszcze, że każdy stół należy do innego domu, ale po chwili znów ruszyli i weszli do niewielkiej sali obok. Stanęli, lekko stłoczeni, czekając na dalsze wydarzenia.
- Zaraz tu po was wrócę, by was zabrać na Ceremonię Przydziału, w której każdy z was trafi do jednego z domów. Tymczasem przyszykujcie się, żeby wyglądać przyzwoicie, w końcu wystąpicie przed całą szkołą.- rzekł słomianowłosy mag i wyszedł. W sali wybuchło zamieszanie, bo każdy chciał się podporządkować poleceniom nauczyciela. Laura obciągnęła rękawy, sprawdziła, czy szata dobrze na niej leży i przeczesała ręką swoje gęste, kruczoczarne włosy. Wpięty w nie narcyz błysnął lekko. Dziewczynka poprawiła go prawą ręką.
- Hej, Laura!- usłyszała za sobą znajomy głos. Odwróciła się i uśmiechnęła do przyjaciółki.
- Cześć, Merry.- powiedziała.
- Ale akcja, co nie? Matko, nie mogę się doczekać tej ceremonii! Jak myślisz, do jakiego domu trafię?
- Nie wiem. Może Slytherin? Albo Hufflepuff.
- Też tak sądzę.- zaśmiała się Merry.- A ty w jakim byś chciała być?
Laura zastanowiła się, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, drzwi sali otwarły się i słomianowłosy nauczyciel zawołał:
- Już czas! Zostawcie swoje kufry tutaj, jak ceremonia się zakończy, zostaną przeniesione do właściwych dormitoriów. Po kolei, nie pchajcie się, ustawcie się w miarę równo o tam, w rogu sali.
Mimo tych przestróg, i tak znów wybuchło zamieszanie. Każdy obawiał się, jak przebiegnie ceremonia i uczniowie starali się mimo wszystko wyjść jako ostatni. W końcu wszyscy przenieśli się w wyznaczone miejsce i ustawili się jako tako, rozglądając się z bladymi uśmiechami po Wielkiej Sali. Słomiastowłosy przemówił do pierwszorocznych.
- Za chwilę zostanie wyczytana lista uczniów pierwszego roku. Każdy, kto usłyszy swoje nazwisko, podejdzie do stołka na którym spoczywa Tiara Przydziału i założy ją na głowę. Tiara osądzi was, po czym przydzieli do któregoś z domów. Po tym podejdziecie do właściwego stołu i usiądziecie, a wasze szaty przybiorą barwy waszego domu. Ale najpierw Tiara przedstawi się, śpiewając pieśń. Radzę słuchać jej uważnie, ponieważ opowiada o cechach poszczególnych domów.
Faktycznie, na środku sali stał stołek, a na nim leżała jakaś brudna, pozszywana wszędzie, rozpadająca się tiara. Zapadła cisza. Uczniowie w milczeniu przyglądali się kapeluszowi, czekając, co się stanie. Nagle tiara otworzyła swe "usta", czyli dziurę z boku, i zaczęła śpiewać.
Witajcie, uczniowie Hogwarta!
Jam jest Przydziału Tiara,
Być może gdzieniegdzie przytarta,
Brudna, niemodna i stara,
Lecz to ja was właśnie przydzielę
Do jednego z Domów szlachetnych,
Co cnót i zaszczytów ma wiele,
Lecz i, niestety, wad szpetnych.
Bez strachu mnie zakładajcie,
Ja was osądzę należycie,
Do którego Domu w Hogwarcie
Od dzisiaj przynależycie
Być może do Gryffindoru czerwieni
Domu odważnych i prawych
Gdzie serce ze złota się ceni
Gdzie wnet Ci będą bić brawo!
A może do Hufflepuffu borsuka,
Gdzie wierni i pracowici mieszkają,
I gdzie przyjaciół nie trzeba szukać,
Ponieważ zewsząd Cię otaczają!
A może Ravenclaw błękitny,
Gdzie prócz mądrości, cnót wiele,
Jeśliś jest uczniem wybitnym,
To właśnie tam Cię przydzielę!
A może wąż Slytherina
Od dzisiaj będzie Twym znakiem,
Jeśliś jest szczwaną dziewczyną,
Lub równie ambitnym chłopakiem!
Więc chodź, bo czas to nie zając,
Zakładaj mnie na głowę,
A ja niczego nie ukrywając
Otwarcie wszystko Ci powiem!
Czy będziesz więc Gryfonem,
Puchonem, Krukonem, Ślizgonem,
Dom Ci znajdę, jakem Tiara,
Chociaż taka brzydka, stara!
Gdy Tiara skończyła swój śpiew, zewsząd rozległy się gwizdy i oklaski. Tiara skłoniła się każdemu stołowi, po czym znieruchomiała. Aplauz powoli cichł, aż w końcu wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Wysoka, chuda czarownica o siwych włosach wystąpiła krok w przód i zaczęła czytać listę. Laurze odczuła tremę.
- Amber, Lisa!
Jedna z dwóch identycznych dziewczynek, które siedziały z Laurą w łódce, wyszła z grupy, usiadła na stołku i założyła Tiarę, która zsunęła się jej na nos. Laura nie mogła wyobrazić sobie siebie na jej miejscu.
- HUFFLEPUFF!!- wrzasnęła Tiara, a Lisa Amber zdjęła ją, i, powitana gromkimi brawami, zasiadła przy stole Puchonów.
- Amber, Mia!
Druga dziewczynka niepewnie usiadła na stoliku. Drżącymi rękami założyła Tiarę i...
- HUFFLEPUFF!!
Już po chwili Mia siedziała obok swojej bliźniaczki. Na jej twarzy widać było ulgę.
- Angelove, Suzy!
-...RAVENCLAW!
- Attefreak, Filemon!
-...GRYFFINDOR!
- Azzie, Leonir!
-...GRYFFINDOR!
Laura już prawie nie słyszała radosnych braw dobiegających od stołów. Czas płynął dla niej za szybko, pomimo że Tiara namyślała się jak dotąd kilka sekund nad każdym z uczniów. Dziewczynka wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w stołek, na którym raz po raz siadał ktoś z pierwszorocznych. Zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia, do jakiego domu zostanie przydzielona.
- Celean, Miriam!
-...RAVENCLAW!
A jeśli nie pasuję do żadnego?, z przerażeniem pomyślała Laura. Co wtedy się ze mną stanie? Odeślą mnie do domu? Co powie rodzina? W wieku szkolnym był tylko jej brat, siedział teraz przy stole Hufflepuffu jako prefekt, patrzył sobie na ceremonię, nieświadomy, o czym myśli jego młodsza siostra...
Cyan, Kali!
-...RAVENCLAW!
Koniec, nie ma już wyboru. Musi tam iść i pokazać, że nadaje się na prawdziwą czarodziejkę. Laura nabrała powietrza w płuca i czekała.
- Darkblood, Laura!
Ktoś poklepał ją przyjacielsko po plecach. Była to Merry. Laura uśmiechnęła się do niej blado i wystąpiła z grupy pierwszoroczniaków.
Droga do stołka wydawała się nieskończenie długa. Wszyscy zgromadzeni na sali uczniowie i nauczyciele patrzyli teraz na nią, bladą, chudą, czarnowłosą Laurę, czekając na wyrok, który być może zadecyduje o jej losie, a już na pewno o tym, z kim będzie dzielić Pokój Wspólny. Zawahała się chwilę, ale w końcu dzielnie uniosła głowę i przeszła całą tą trasę. Nie powinna się bać, Tiara na pewno znajdzie jej dobry Dom, w którym będzie się czuła jak w rodzinie i którego będzie bronić w razie potrzeby. Delikatnie uniosła Tiarę, usiadła na stołku i założyła ją. Prawie natychmiast opadła, zakrywając Laurze całą głowę. Dziewczynka widziała tylko ciemność. Czekała.
No, no, a to ci dopiero, odezwał się cichy głosik. Odwaga, jest. Dużo dobroci, wierności...co nie miara! No i powiedz mi, Lauro, do jakiego by cię tu domku dać?
Laura oddychała głęboko. Jej palce bezwiednie zacisnęły się na krawędzi stołka.
Nie wiesz?, spytała Tiara. Cóż, ja też nie. Ale nie martw się, już za chwilkę się dowiem... Jesteś doprawdy niezwykłą czarownicą...
Niezwykła? Ja?, pomyślała Laura.
Tak, ty. Masz wiele zdolności, które dopiero w sobie odkryjesz. Niestety, nie wszystkie są dobre... ale cóż, myślę, że będziesz umiała je wykorzystywać. Może Gryffindor? Jak wiesz, było tam wielu słynnych i uzdolnionych czarodziei...
Nie Gryffindor, pomyślała, i aż sama się zdziwiła. Nie potrafiła wyjaśnić czemu, ale czuła, że to nie Gryffindor jest jej tak naprawdę przeznaczony.
Nie? No cóż, tak myślałam, ale spróbować nie zaszkodziło, szepnęła Tiara. Dobre z ciebie dziecko, Lauro. I będziesz świetną czarownicą. Widzę to w twoim sercu, i widzę też, gdzie muszę cię przydzielić. Powodzenia, Lauro.
Po czym uniosła się lekko i krzyknęła.
A Laura poczuła ten krzyk nie tylko w uszach, ale też w sercu, i wiedziała, że tak właśnie miało być, i że nigdy, nigdy nie powinno być inaczej.
- S L Y T H E R I N !!!
~*~
Zaczynało się ściemniać. Laura musiała przerwać grę w zagadki z przyjaciółkami i ubrać się w szkolną szatę. Razem z nią w przedziale siedziały Merry Lbatln, Łucja Nowak, która przyjechała z Polski i Kate Snowflake. Dziewczyny również zaczęły się przebierać.
Na początku gdy Laura weszła do wagonu była sama w przedziale, ale zaraz dołączyła do niej roześmiana Merry, a chwilę po niej Kate, która potknęła się o szalik, wystający z jej kufra. Łucja przyszła na końcu, pukając nieśmiało, ale została powitana równie ciepło. Z czasem dołączyła nawet do rozmowy dziewczyn i okazało się, że wie dużo na temat historii Hogwartu.
- Było czterech założycieli, od ich nazwisk pochodzą nazwy domów: Godryk Gryffindor, Helga Hufflepuff, Rowena Ravenclaw i Salazar Slytherin. Każdy z nich przyjął sobie jakieś zwierze jako symbol- Godryk lwa, Helga borsuka, Rowena orła a Salazar węża. Na początku nauczali wszystkich uczniów razem, ale potem podzielili się na domy. Slytherin bowiem cenił sobie czystą krew, Gryffindor odwagę, Ravenclaw inteligencję a Hufflepuff pracowitość. Ja najbardziej chciałabym być w Gryffindorze, tam gdzie byli legendarni Harry, Ron i Hermiona oraz wielu innych świetnych czarodziei. W ogóle to Gryfoni zawsze dawali dobry przykład i imponują mi swoją odwagą i prawością! I ja też bym chciała być taka jak oni. A wy?
- Ja tam wolę Slytherin albo Hufflepuff. -stwierdziła Merry.- W końcu każdy może dawać dobry przykład, co nie? A w Slytherinie też było wielu wielkich magów...
- Wielkich, ale złych!...- nie dała za wygraną Łucja.
- Złych, ale wielkich!
- Ja bym na pewno nie chciała być w Slytherinie, bo Ślizgoni są wredni i chciwi, historia to pokazuje. Przecież Voldemort był w Slytherinie! I jego sługi też! Ślizgoni lubią czarną magię, gardzą innymi i w ogóle...
Laura zmarszczyła brwi. Chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała, co. Na szczęście wybawiła ją Kate, wtrącając się do rozmowy.
- A ja wolę Ravenclaw i Hufflepuff, ponieważ uważam, że jeśli w Hogwarcie powinno nauczać się czegoś poza magią, to jest to pracowitość i moralność. Odwagę ma każdy w sercu, i owszem, powinien ją w sobie odkryć, ale odwaga ma swoje granice, a mądrość zdobywamy całe życie i nigdy nie jest jej dość. I nie chodzi mi o to, by znać wszystkie księgi na pamięć, tylko o prawdziwą życiową mądrość i doświadczenie. Ja chciałabym je zgłębiać przez te lata nauki w Hogwarcie.
Widać było, że Łucja nie do końca się z nią zgadza, ale się już nie odezwała. Rozmowa zeszła na inny temat, choć Laura jeszcze przez jakiś czas czuła, że powinna coś wtedy powiedzieć, nadal jednak nie potrafiła ubrać to w słowa.
Narzuciła teraz na siebie długą, czarną szatę i poprawiła rękawy. Do Hogwartu było już niedaleko. Gdy wszystkie się ubrały, Laura usiadła na swoim miejscu i wgryzła się w czekoladową żabę (ależ się obłowiły słodyczami z wózka, mniam). Zjadła ją i spojrzała na kartę. Czarnooki mag o ciemnych włosach wpatrywał się w nią z uwagą. Laurę uderzyło to, że wyczuła w tym spojrzeniu jakąś przyganę.
Severus Snape. - przeczytała w myślach.
No co?, pomyślała. Co miałam powiedzieć? Nie mam pojęcia. Było, minęło, nie patrz tak na mnie!
Snape, profesor Snape, opiekun Slytherinu.
Westchnęła i odwróciła kartę, choć opis znała prawie na pamięć. Jeszcze raz spojrzała na obrazek, po czym włożyła kartę do kieszeni. Merry właśnie na nowo zaczęła grę w zgadywanki, ale Laura odmówiła udziału. Rozmyślała na temat tego, co powiedziała Łucja. I co ona sama miała powiedzieć. Czuła, że powinna. Ale co? Czy to prawda, że w Slytherinie byli wszyscy czarnoksiężnicy? Jakoś nie mogła sobie tego wyobrazić. Przecież przydział do domu nie zależy od tego, czy będziesz czynić zło, czy nie. A może zależy? Czy gdyby Lord Voldemort był w Ravenclawie, nie zabiłby tylu ludzi?
Nie, powiedziało coś w jej głowie. Slytherin był mu, owszem, przeznaczony, ale to on sam podjął decyzję o tym, kim chce być.
Z zamyślenia wyrwała ją Kate, która nie mogła się powstrzymać, by nie zadać jej zagadki.
- Fala płynęła za falą, aż nagle!
Dziwna przygoda,
Coś jakby je zatrzymało, na kamień stwardniała woda. Co się stało?
- Lód.- po chwili odparła Laura. - Zostały zamrożone.
- Dobrze!- ucieszyła się Kate.- Teraz ty!
Laura zaczęła się zastanawiać, jaką zadać zagadkę. Odpędziło to od niej dręczący temat.
- Część ptaka, której na niebie nie zoczysz.- powiedziała po chwili.- Może pływać po wodzie, ale się nie zmoczy.
Dziewczynki wyraźnie się poruszyły. Każda zaczęła się zastanawiać, o co chodzi. Laura uśmiechnęła się do siebie. Była to stara zagadka, którą usłyszała kiedyś od przyjaciela swojego ojca.
- Serce? -spytała Kate.- Nie, ono się zmoczy...
- Pióra? Niektóre są wodoodporne...- snuła domysły Łucja.
- Nie, pióra można zobaczyć.- stwierdziła Merry.- Moim zdaniem chodzi po prostu o cień!
- Tak.- powiedziała Laura.
- To teraz posłuchajcie tego.- z zapałem rzekła Merry, a jej oczy błysnęły.-
Jam jest głód, który zabija, sto lat nie będę jadł, a mimo to przeżyję.
Gdy raz swe kły zacisnę na tobie to już nas nie rozdzielą, spoczniemy razem w grobie...
Laurę przeszył lekki dreszcz. Zagadka wywarła nie mniejsze wrażenie na pozostałych dziewczynkach.
- Wilkołak.- szepnęła Łucja.
- Tak.- potwierdziła Merry.
W tej samej chwili pociąg zaczął zwalniać. Laura, Merry, Łucja i Kate pościągały swoje kufry z półek i wyszły na korytarz. Ekspres zatrzymał się na niewielkiej stacyjce w lesie, obok sporego jeziora. Uczniowie zaczęli wysiadać. Laura też jakoś przepchnęła się przez tłum i stanęła na trawie. Zaczęła się rozglądać z ciekawością. Było już ciemno, ale dostrzegła dziwne karoce stojące niedaleko pociągu. Zamku nie było widać.
- Pierwszoroczni, za mną!- krzyknął ktoś z tłumu. Laura poszła w tym kierunku i dopiero teraz zauważyła niskiego czarodzieja o włosach przypominających słomę, który zwoływał wszystkich. Szli za nim- ona i kilkudziesięciu innych pierwszoroczniaków- w kierunku jeziora. Gdy zbliżyli się do brzegu ich oczom ukazały się niewielkie, kilkuosobowe łódki. Laura wsiadła do jednej z nich i dostała do ręki świecącą latarenkę.
- Gotowi?- spytał czarodziej.- No to ruszamy!
Jak na komendę wszystkie łódki, a było ich ze czterdzieści (tyle Laura mogła zobaczyć w gęstniejącym mroku) wypłynęły na gładką, ciemną jak atrament taflę jeziora.
Nie trzeba było długo czekać, a oto zza drzew wychynął zamek Hogwartu.
Na Laurze, która w końcu słyszała relacje swojego starszego rodzeństwa na temat jego wielkości i w ogóle, widok ten zrobił kolosalne wrażenie. Był piękny. Uniosła latarenkę do twarzy i przyglądała się mu szeroko otwartymi oczami. W końcu oderwała od niego wzrok i spojrzała na swoich towarzyszy podróży. Dwie jednakowe dziewczynki również nie mogły się nadziwić majestatem Hogwartu, a jakiś chudy, ciemnowłosy chłopak aż rozdziawił usta w niemym zdumieniu. Nagle spostrzegł, że na niego patrzy i zacisnął wargi. Przesłali sobie porozumiewawcze spojrzenia.
Dopłynęli wreszcie do podnóża wzniesienia, na którym stał zamek. Wysiedli z łodzi i wzięli swoje kufry. Słomianowłosy czarodziej znów ich zwołał i zaprowadził do zamku. Weszli przez olbrzymie wrota, później pokonali schody i znaleźli się nagle w olbrzymiej sali, której sufit wyglądał dokładnie tak jak niebo- czarny i usiany gwiazdami. W pomieszczeniu tym stało również pięć stołów- cztery dla uczniów i jeden nauczycielski. Laura zobaczyła jeszcze, że każdy stół należy do innego domu, ale po chwili znów ruszyli i weszli do niewielkiej sali obok. Stanęli, lekko stłoczeni, czekając na dalsze wydarzenia.
- Zaraz tu po was wrócę, by was zabrać na Ceremonię Przydziału, w której każdy z was trafi do jednego z domów. Tymczasem przyszykujcie się, żeby wyglądać przyzwoicie, w końcu wystąpicie przed całą szkołą.- rzekł słomianowłosy mag i wyszedł. W sali wybuchło zamieszanie, bo każdy chciał się podporządkować poleceniom nauczyciela. Laura obciągnęła rękawy, sprawdziła, czy szata dobrze na niej leży i przeczesała ręką swoje gęste, kruczoczarne włosy. Wpięty w nie narcyz błysnął lekko. Dziewczynka poprawiła go prawą ręką.
- Hej, Laura!- usłyszała za sobą znajomy głos. Odwróciła się i uśmiechnęła do przyjaciółki.
- Cześć, Merry.- powiedziała.
- Ale akcja, co nie? Matko, nie mogę się doczekać tej ceremonii! Jak myślisz, do jakiego domu trafię?
- Nie wiem. Może Slytherin? Albo Hufflepuff.
- Też tak sądzę.- zaśmiała się Merry.- A ty w jakim byś chciała być?
Laura zastanowiła się, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, drzwi sali otwarły się i słomianowłosy nauczyciel zawołał:
- Już czas! Zostawcie swoje kufry tutaj, jak ceremonia się zakończy, zostaną przeniesione do właściwych dormitoriów. Po kolei, nie pchajcie się, ustawcie się w miarę równo o tam, w rogu sali.
Mimo tych przestróg, i tak znów wybuchło zamieszanie. Każdy obawiał się, jak przebiegnie ceremonia i uczniowie starali się mimo wszystko wyjść jako ostatni. W końcu wszyscy przenieśli się w wyznaczone miejsce i ustawili się jako tako, rozglądając się z bladymi uśmiechami po Wielkiej Sali. Słomiastowłosy przemówił do pierwszorocznych.
- Za chwilę zostanie wyczytana lista uczniów pierwszego roku. Każdy, kto usłyszy swoje nazwisko, podejdzie do stołka na którym spoczywa Tiara Przydziału i założy ją na głowę. Tiara osądzi was, po czym przydzieli do któregoś z domów. Po tym podejdziecie do właściwego stołu i usiądziecie, a wasze szaty przybiorą barwy waszego domu. Ale najpierw Tiara przedstawi się, śpiewając pieśń. Radzę słuchać jej uważnie, ponieważ opowiada o cechach poszczególnych domów.
Faktycznie, na środku sali stał stołek, a na nim leżała jakaś brudna, pozszywana wszędzie, rozpadająca się tiara. Zapadła cisza. Uczniowie w milczeniu przyglądali się kapeluszowi, czekając, co się stanie. Nagle tiara otworzyła swe "usta", czyli dziurę z boku, i zaczęła śpiewać.
Witajcie, uczniowie Hogwarta!
Jam jest Przydziału Tiara,
Być może gdzieniegdzie przytarta,
Brudna, niemodna i stara,
Lecz to ja was właśnie przydzielę
Do jednego z Domów szlachetnych,
Co cnót i zaszczytów ma wiele,
Lecz i, niestety, wad szpetnych.
Bez strachu mnie zakładajcie,
Ja was osądzę należycie,
Do którego Domu w Hogwarcie
Od dzisiaj przynależycie
Być może do Gryffindoru czerwieni
Domu odważnych i prawych
Gdzie serce ze złota się ceni
Gdzie wnet Ci będą bić brawo!
A może do Hufflepuffu borsuka,
Gdzie wierni i pracowici mieszkają,
I gdzie przyjaciół nie trzeba szukać,
Ponieważ zewsząd Cię otaczają!
A może Ravenclaw błękitny,
Gdzie prócz mądrości, cnót wiele,
Jeśliś jest uczniem wybitnym,
To właśnie tam Cię przydzielę!
A może wąż Slytherina
Od dzisiaj będzie Twym znakiem,
Jeśliś jest szczwaną dziewczyną,
Lub równie ambitnym chłopakiem!
Więc chodź, bo czas to nie zając,
Zakładaj mnie na głowę,
A ja niczego nie ukrywając
Otwarcie wszystko Ci powiem!
Czy będziesz więc Gryfonem,
Puchonem, Krukonem, Ślizgonem,
Dom Ci znajdę, jakem Tiara,
Chociaż taka brzydka, stara!
Gdy Tiara skończyła swój śpiew, zewsząd rozległy się gwizdy i oklaski. Tiara skłoniła się każdemu stołowi, po czym znieruchomiała. Aplauz powoli cichł, aż w końcu wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Wysoka, chuda czarownica o siwych włosach wystąpiła krok w przód i zaczęła czytać listę. Laurze odczuła tremę.
- Amber, Lisa!
Jedna z dwóch identycznych dziewczynek, które siedziały z Laurą w łódce, wyszła z grupy, usiadła na stołku i założyła Tiarę, która zsunęła się jej na nos. Laura nie mogła wyobrazić sobie siebie na jej miejscu.
- HUFFLEPUFF!!- wrzasnęła Tiara, a Lisa Amber zdjęła ją, i, powitana gromkimi brawami, zasiadła przy stole Puchonów.
- Amber, Mia!
Druga dziewczynka niepewnie usiadła na stoliku. Drżącymi rękami założyła Tiarę i...
- HUFFLEPUFF!!
Już po chwili Mia siedziała obok swojej bliźniaczki. Na jej twarzy widać było ulgę.
- Angelove, Suzy!
-...RAVENCLAW!
- Attefreak, Filemon!
-...GRYFFINDOR!
- Azzie, Leonir!
-...GRYFFINDOR!
Laura już prawie nie słyszała radosnych braw dobiegających od stołów. Czas płynął dla niej za szybko, pomimo że Tiara namyślała się jak dotąd kilka sekund nad każdym z uczniów. Dziewczynka wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w stołek, na którym raz po raz siadał ktoś z pierwszorocznych. Zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia, do jakiego domu zostanie przydzielona.
- Celean, Miriam!
-...RAVENCLAW!
A jeśli nie pasuję do żadnego?, z przerażeniem pomyślała Laura. Co wtedy się ze mną stanie? Odeślą mnie do domu? Co powie rodzina? W wieku szkolnym był tylko jej brat, siedział teraz przy stole Hufflepuffu jako prefekt, patrzył sobie na ceremonię, nieświadomy, o czym myśli jego młodsza siostra...
Cyan, Kali!
-...RAVENCLAW!
Koniec, nie ma już wyboru. Musi tam iść i pokazać, że nadaje się na prawdziwą czarodziejkę. Laura nabrała powietrza w płuca i czekała.
- Darkblood, Laura!
Ktoś poklepał ją przyjacielsko po plecach. Była to Merry. Laura uśmiechnęła się do niej blado i wystąpiła z grupy pierwszoroczniaków.
Droga do stołka wydawała się nieskończenie długa. Wszyscy zgromadzeni na sali uczniowie i nauczyciele patrzyli teraz na nią, bladą, chudą, czarnowłosą Laurę, czekając na wyrok, który być może zadecyduje o jej losie, a już na pewno o tym, z kim będzie dzielić Pokój Wspólny. Zawahała się chwilę, ale w końcu dzielnie uniosła głowę i przeszła całą tą trasę. Nie powinna się bać, Tiara na pewno znajdzie jej dobry Dom, w którym będzie się czuła jak w rodzinie i którego będzie bronić w razie potrzeby. Delikatnie uniosła Tiarę, usiadła na stołku i założyła ją. Prawie natychmiast opadła, zakrywając Laurze całą głowę. Dziewczynka widziała tylko ciemność. Czekała.
No, no, a to ci dopiero, odezwał się cichy głosik. Odwaga, jest. Dużo dobroci, wierności...co nie miara! No i powiedz mi, Lauro, do jakiego by cię tu domku dać?
Laura oddychała głęboko. Jej palce bezwiednie zacisnęły się na krawędzi stołka.
Nie wiesz?, spytała Tiara. Cóż, ja też nie. Ale nie martw się, już za chwilkę się dowiem... Jesteś doprawdy niezwykłą czarownicą...
Niezwykła? Ja?, pomyślała Laura.
Tak, ty. Masz wiele zdolności, które dopiero w sobie odkryjesz. Niestety, nie wszystkie są dobre... ale cóż, myślę, że będziesz umiała je wykorzystywać. Może Gryffindor? Jak wiesz, było tam wielu słynnych i uzdolnionych czarodziei...
Nie Gryffindor, pomyślała, i aż sama się zdziwiła. Nie potrafiła wyjaśnić czemu, ale czuła, że to nie Gryffindor jest jej tak naprawdę przeznaczony.
Nie? No cóż, tak myślałam, ale spróbować nie zaszkodziło, szepnęła Tiara. Dobre z ciebie dziecko, Lauro. I będziesz świetną czarownicą. Widzę to w twoim sercu, i widzę też, gdzie muszę cię przydzielić. Powodzenia, Lauro.
Po czym uniosła się lekko i krzyknęła.
A Laura poczuła ten krzyk nie tylko w uszach, ale też w sercu, i wiedziała, że tak właśnie miało być, i że nigdy, nigdy nie powinno być inaczej.
- S L Y T H E R I N !!!
niedziela, 2 marca 2014
Rozdział II: Pociąg do Hogwartu
Nareszcie jestem :D i mam dla Was dwa rozdziały, a trzeci kończę :)) i wprowadziłam kilka drobnych poprawek do wcześniejszych postów ;) No to co, jedziemy. Aha, muszę się koniecznie pochwalić, że w zeszycie rozdział pierwszy zajął mi pięć stron, a ten dwanaście :D
~*~
- Jesteś pewien, że wszystko masz?- po raz setny zapytał Michael, zerkając podejrzliwie do kufra Davida. - Różdżka? Podręczniki?
- Tak, wszystko spakowane. - odrzekł David, zamykając bratu kufer przed nosem. Michael mruknął coś, urażony, i poszedł do swojej części pokoju.
To był kolejny powód, dla którego David tak nie lubił Malfoy Manor. Mimo, że dwór był ogromny, bracia dzielili jeden pokój. Ojciec nie chciał słuchać żadnych narzekań na ten temat. Co więcej, pozamykał większość komnat, z sobie tylko znanych powodów. David miał to gdzieś, w nocy wychodził z łóżka i łaził po domu, by odkryć, co w sobie kryją. Ale pewnego razu ojciec go przyłapał i rzucił na drzwi zakazanych pokoi zaklęcia zamykające. Nie docenił swojego syna. Chłopiec wychodził z siebie, by znaleźć sposób, by przywrócić nocne eskapady. I znalazł.
Od kiedy Michael miał własną różdżkę, od czasu do czasu udawało mu się ją wykraść. I chociaż nie znał się na zaklęciach, jeszcze nie uczęszczał do szkoły magii, a i tak szansa na otwarcie któryś drzwi była mizerna, prawdziwe szczęście dawał mu ten dreszczyk emocji, który czuł, gdy biegł pustym, mrocznym korytarzem z różdżką w ręku.
Teraz David miał już własną różdżkę. Zakupił ją wczoraj, gdy wraz z ojcem i bratem odwiedzili Pokątną. Różdżka była ładna, prosta, w jasnobrązowym kolorze. Miała dziesięć i ćwierć cala. Jabłoń. Rdzeń z włosia jednorożca. David był z niej bardzo zadowolony. Trzymało się ją o wiele lepiej, niż bukową różdżkę Michaela.
Chłopiec spakował kilka złotych galeonów do sakiewki, którą włożył do kieszeni. Tyle powinno starczyć na wyżerkę w pociągu.
- David!- Michael taszczył swój kufer wraz z klatką sowy- swojego puchacza Uhu- w kierunku drzwi. - Pospiesz się, jeśli chcesz zdążyć na pociąg. Musimy się deportować sprzed domu.
David bez słowa wziął swój dobytek (do szkoły zabierał właściwie wszystko, co miał) i wyszedł do przedpokoju. Szedł za bratem długim korytarzem, następnie skręcił w lewo i zszedł po schodach w dół. Znalazł się w kolejnym hallu, jednym ze stu tysięcy, znajdujących się w dworku Malfoyów. Sam zastanawiał się, jakim cudem zachowuje tu jeszcze orientację. Dom był istnym labiryntem, składającym się z komnat, halli, klatek schodowych i sal.
Doszedł wreszcie do drzwi wyjściowych. A właściwie do wrót. Były olbrzymie.
Pchnął je i wyszedł przed dom. Michael i ojciec już tam czekali. Pan Malfoy, podobnie jak jego syn, miał nieprzeniknioną twarz, ale David wiedział, że jest niezadowolony. Tak jak zwykle, gdy towarzyszyli mu synowie. Michael stał obok niego. Jego długie, jasne włosy były związane w kucyk. Zielona wstążka opadała mu na plecy. Zielone były również obszycia jego szkolnej szaty, którą miał na sobie. Nie lubił przebierać się w pociągu.
Teraz odwrócił się i poszedł ścieżką prowadzącą do głównych bram dworku. David i ojciec bez słowa podążali za nim.
Ogród Malfoy Manor był duży. Jeśli przeszłoby się przez mostek z prawej strony dworku i poszło dalej wzdłuż strumienia, można było dojść do sporego sztucznego jeziora, zarośniętego po bokach trzcinami. Był tu nawet mały lasek. Cały ten teren poprzecinany był wąskimi dróżkami.
Ogród był też, poza biblioteką, ulubionym miejscem Davida. To tu spędzał większość czasu wolnego, puszczając stateczki z kory lub wspinając się na drzewa. Było to chyba jedyne naprawdę żyjące miejsce w dworku Malfoyów.
Wyszli przez bramę i stanęli. Zimne promienie słońca znaczyły się tu niewyraźnymi plamami na trawie. Ojciec kazał im złapać się za rękawy jego szaty. David uczynił to niechętnie. Każdy bliższy kontakt z nim dawał mu nieprzyjemne uczucie, coś jak niechęć czy niespełnienie? Sam nie potrafił tego nazwać. Matka chłopca umarła, gdy miał cztery latka. Właściwie nie bardzo ją znał. Wiedział tylko, że ich kochała i że była bardzo dobra. Nie wiedział, jak zginęła. Wolał nie pytać o to ojca. To przez jej śmierć tak się zmienił. Stał się zimny, cyniczny, zamknięty w sobie i samolubny. Michael tak samo. Nie okazywali mu ani krztyny miłości. Nie poświęcali mu też czasu, tylko, co najwyżej, pieniądze. Jakby mogło to coś zmienić. Właściwie David prawie nie pamiętał, jacy byli przed śmiercią Elvy Malfoy, jego matki.
Nigdy nie miał też prawdziwych przyjaciół. Bawił się sam. Brata i ojca wolał nie prosić, wiedział, że i tak by odmówili.
Chwycił rękaw ojcowskiej szaty. Po drugiej stronie zrobił to też Michael. Jego twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji.
- Uwaga, deportujemy się.- rzekł ojciec.
David poczuł się, jakby tysiące sznurów oplatało go i ściskało ze wszystkich stron. Chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle. Wnętrzności się ścisnęły, skurczyły, przed oczami zawirowały mu srebrne i czerwone gwiazdy. Czuł, jak jego stopy odrywają się od ziemi. Wreszcie poczuł, jak coś niby stróżki lodowatej wody ucieka mu do palców rąk i nóg, a niewidzialne sznury puszczają. Znów stał na trwałym gruncie.
- Możecie już mnie puścić.- powiedział ojciec.
David nie odpowiedział, tylko odwrócił się i zwymiotował. Zgięty w pół, czując na ustach smak żółci, miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Ojciec patrzył na niego z pełną dezaprobatą. Za nim stał Michael. Widać było, że pobladł. Ojciec machnął różdżką, a całe to paskudztwo zniknęło.
- Doprowadź się do porządku.- powiedział.
David otarł usta rękawem i stanął prosto, starając się utrzymać poważną minę. Nadal było mu niedobrze. Głowa mu pękała, a żołądek wciąż był ściśnięty.
Stali w wąskiej uliczce między domami. Nie wychodziły na nią żadne okna, a pod brudnymi, pomazanymi graffitti ścianami walały się przepełnione śmietniki. Jakiś bezpański kot umknął na ich widok. Ruszyli, a po paru chwilach kluczenia mugolskimi uliczkami doszli do King's Cross. Gdy znaleźli się przy peronie 10, ojciec powiedział:
- Teraz wracam do domu. Michael, pokażesz bratu wejście na peron. Powodzenia w nauce.
Po czym odwrócił się i odszedł. David patrzył za nim ponuro, po czym wziął wózek ze swoim kufrem i spojrzał na brata. Ten wskazał na poprzeczkę między peronami.
- Musisz iść prosto na nią. Jak będziesz się bać, biegnij.
David poczuł się nieco urażony tym, że ktoś posądza go o tchórzostwo, ale nic nie powiedział. Zerknął jeszcze raz na brata (jego twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych uczuć), po czym skupił się na barierce. Nie wyglądała magicznie, tylko bardzo trwale. Ale chłopiec znał swojego brata, że wiedział, że nie robiłby sobie głupich żartów. Zacisnął ręce na wózku i pchnął go w stronę barierki.
Ludzie przechodzili koło niego, zerkając za nim z powodu staromodnego kufra. Mimo to nikt go nie zatrzymywał, bo wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Czy zderzenie z taką barierką będzie bolało?, pomyślał i przyśpieszył. W chwili, gdy wózek jej dotknął, David zacisnął powieki.
Znalazł się na oświetlonym promieniami słońca wpadającego przez okna pod sufitem peronie. Tabliczka, zawieszona przy ścianie, informowała, że jest to peron 9 i 3/4. David zamrugał i skarcił się w myślach za chwilę strachu. Po chwili dołączył do niego Michael.
David patrzył na tłumi zebrany na peronie i uświadomił sobie, że jest to społeczność, do której od tej chwili należy. Będzie z nią spędzał 10 miesięcy w roku, a ponadto zostanie przydzielony do jednego z czterech domów, z których członkami dodatkowo będzie dzielił dormitorium i Pokój Wspólny, radości i smutki, wzburzenia i śmiech. Wśród nich znajdzie pierwszych przyjaciół i wrogów...
Jakie to dziwne, pomyślał. Ci uczniowie niby niczym się od siebie nie różnią, a tak naprawdę każdy jest inny.
Z którymi z nich przyjdzie mu żyć?
Zaczął przyglądać się różnym uczniom. Wielu z nich na ubraniach miało znaki poszczególnych domów; czasem czerwono-złote z lwem, to Gryffindor, tam trafiają odważni; albo żółte z borsukiem, to Hufflepuff- chłopiec zauważył, że jest ich niewielu, a na pewno mniej od Krukonów, uczniów Ravenclawu, inteligentnych i ambitnych, na których szatach błyszczały srebrno-niebieskie odznaki z orłem. Mało było też uczniów z zielonymi znaczkami. To Slytherin. W tym domu był Michael, i chyba wszyscy Malfoyowie. David zaczął się zastanawiać, do którego z tych domów on trafi. Może Gryffindor? W końcu był odważny...
Na peron wtoczył się ekspres Londyn-Hogwart, co wywołało zamieszanie wśród uczniów. Każdy żegnał się ze swoimi rodzicami, ktoś płakał, ktoś krzyczał, jednym słowem harmider był nie do opisania. David spojrzał na brata.
- Wsiadaj. Ja poczekam na kolegów. Będę w trzecim wagonie.- powiedział Michael.
Chłopiec wzruszył ramionami, wziął swój kufer i skierował się w stronę pociągu.
- I...jeszcze jedno.
David odwrócił się. Jego brat stał, dziwnie samotny w tłumie uczniów, i patrzył na niego.
- Pamiętaj, co mi obiecałeś. Żadnych wybryków.
David westchnął i pokiwał głową. Następnie wsiadł do ekspresu, szukając wolnych miejsc.
Po kilku minutach dotarł do przedziału, w którym siedziało dwóch chłopaków bez odznaczeń domów. Jeden z nich pomachał do niego przyjaźnie.
- Hej! Chodź, ja i Oliver dopiero co weszliśmy, są jeszcze wolne miejsca.
David mruknął jakieś podziękowanie i razem z chłopakiem wtaszczył swój kufer na półkę.
- A tak w ogóle, jestem Colin, Colin Ring.
David z uśmiechem uścisnął wyciągniętą rękę Colina.
- David Malfoy.- przedstawił się.
- Malfoy?- odezwał się drugi z chłopców, dotychczas milczący. - Coś słyszałem. Miło mi poznać. Ja jestem Oliver Silverstorm.
Również uścisnęli sobie dłonie, po czym David usiadł koło Olivera. Miał nadzieję, że zaprzyjaźni się z tymi bądź co bądź sympatycznymi kolegami. I nie zawiódł się, bo już po paru minutach okazało się, że, podobnie jak on, Colin i Oliver nastawieni są na przygodę swojego życia w Hogwarcie. Rozmowa również szła im świetnie.
Właśnie rozprawiali na temat tego, czy w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart żyją obleśne trolle i gadające karaluchy, gdy do przedziału ktoś zapukał. Przez uchylone drzwi swą jasną głowę wetknął nie kto inny, jak Michael. Popatrzył na brata i powiedział:
- Idę do czwartego wagonu. Jacyś Gryfoni z trzeciej klasy zaczęli nas wyzywać i zrobiło się, że tak powiem, nieprzyjemnie. Silverstorm, masz pozdrowienia od brata. Pyta, czy nie zapomniałeś podręcznika od zielarstwa.
Po krótkiej chwili Oliver zbladł i rzucił się, by przeszukiwać kufer. Michael wyciągnął do niego rękę z książką, po czym bez słowa poszedł wzdłuż wagonu.
- To twój brat?- spytał Oliver Davida.
- Taa.- mruknął niechętnie chłopiec.
- Niepodobny. No, może trochę z wyglądu. Ale charakterek to on ma, słyszałem od swojego brata.- Oliver spakował podręcznik i wsunął kufer na miejsce. - W każdym bądź razie, jeśli nasi bracia się kumplują, to czeka nas ciężki rok...- dodał, padając na swoje miejsce.
Rozmawiali jeszcze chwilę na tematy rodzinne, przy czym okazało się, że Oliver, tak jak David jest czystej krwi, natomiast Colin przyznał, że jego matka jest mugolem.
- Przynajmniej mój tata to czarodziej czystej krwi, nie jest więc tak źle, jak w przypadku mugolaków.
Niedługo potem do drzwi przedziału znowu zapukano i pojawił się wózek z przekąskami. Chłopcy kupili mnóstwo czekoladowych żab, kwachów, paczkę fasolek wszystkich smaków i wiele innych słodkości.
David wyciągnął ze swojej żaby kartę, na której był rudy czarodziej, uśmiechający się do niego przyjaźnie. Pod nim widniał napis:
RONALD WEASLEY
Colin zerknął Davidowi przez ramię i mruknął z podziwem.
- Trafiłeś na rudzielca! Brakuje mi go w kolekcji, poluję na niego już od paru miesięcy. Fuksiarz.
David bez słowa wręczył mu kartę.
- Nie, nie, weź ją, ja muszę mieć satysfakcję, że sam znalazłem. Możesz też je kolekcjonować.
Oliver wywrócił oczami.
- Musi mieć satysfakcję, no tak. Też mu chciałem dać, ale, oczywiście, odmówił.
David wgryzł się w żabę i postanowił podzielić się z przyjaciółmi dręczącym go problemem.
- Jak myślicie...mlask...do jakiego domu traficie?
- W sensie w Hogwarcie? -spytał Colin, sięgając do paczki fasolek. - A ja wiem? Może Ravenclaw. A ty jak myślisz?
- Też nie wiem. Może Gryffindor...
- Gryffindor? A to czemu? Słyszałem, że przyjmują tam co drugiego...ŁAAA! TFU! TRAFIŁEM NA CHILLI!
Dopiero, gdy Colin zaczął wymachiwać rozpaczliwie ręką przy ustach David zrozumiał, że chodzi mu o fasolkę. Wybuchnął śmiechem. Śmiał się też Oliver, tak bardzo, że trzęsła mu się ręka, gdy podawał kumplowi kubek z sokiem dyniowym. Colin wypił duszkiem i odetchnął z ulgą.
- Już nigdy nie wezmę do ust fasolki.- obiecał, patrząc z oburzeniem na paczkę, a Oliver znów zachichotał.
Colin jednak bardzo szybko złamał obietnicę, bo David z Oliverem zakładali się, kto zje najobrzydliwszą fasolkę. Wygrał David, natrafiając na smak wymiocin (już drugi raz w tym dniu, pomyślał. Co ja jakiś farciarz?).
Tak jechali i jechali, co chwilę wybuchając śmiechem. David zapomniał o problemie, w końcu nawet jeśli nie trafią do jednego domu, to co może zniszczyć tak dobrze rozpoczętą przyjaźń?
~*~
- Jesteś pewien, że wszystko masz?- po raz setny zapytał Michael, zerkając podejrzliwie do kufra Davida. - Różdżka? Podręczniki?
- Tak, wszystko spakowane. - odrzekł David, zamykając bratu kufer przed nosem. Michael mruknął coś, urażony, i poszedł do swojej części pokoju.
To był kolejny powód, dla którego David tak nie lubił Malfoy Manor. Mimo, że dwór był ogromny, bracia dzielili jeden pokój. Ojciec nie chciał słuchać żadnych narzekań na ten temat. Co więcej, pozamykał większość komnat, z sobie tylko znanych powodów. David miał to gdzieś, w nocy wychodził z łóżka i łaził po domu, by odkryć, co w sobie kryją. Ale pewnego razu ojciec go przyłapał i rzucił na drzwi zakazanych pokoi zaklęcia zamykające. Nie docenił swojego syna. Chłopiec wychodził z siebie, by znaleźć sposób, by przywrócić nocne eskapady. I znalazł.
Od kiedy Michael miał własną różdżkę, od czasu do czasu udawało mu się ją wykraść. I chociaż nie znał się na zaklęciach, jeszcze nie uczęszczał do szkoły magii, a i tak szansa na otwarcie któryś drzwi była mizerna, prawdziwe szczęście dawał mu ten dreszczyk emocji, który czuł, gdy biegł pustym, mrocznym korytarzem z różdżką w ręku.
Teraz David miał już własną różdżkę. Zakupił ją wczoraj, gdy wraz z ojcem i bratem odwiedzili Pokątną. Różdżka była ładna, prosta, w jasnobrązowym kolorze. Miała dziesięć i ćwierć cala. Jabłoń. Rdzeń z włosia jednorożca. David był z niej bardzo zadowolony. Trzymało się ją o wiele lepiej, niż bukową różdżkę Michaela.
Chłopiec spakował kilka złotych galeonów do sakiewki, którą włożył do kieszeni. Tyle powinno starczyć na wyżerkę w pociągu.
- David!- Michael taszczył swój kufer wraz z klatką sowy- swojego puchacza Uhu- w kierunku drzwi. - Pospiesz się, jeśli chcesz zdążyć na pociąg. Musimy się deportować sprzed domu.
David bez słowa wziął swój dobytek (do szkoły zabierał właściwie wszystko, co miał) i wyszedł do przedpokoju. Szedł za bratem długim korytarzem, następnie skręcił w lewo i zszedł po schodach w dół. Znalazł się w kolejnym hallu, jednym ze stu tysięcy, znajdujących się w dworku Malfoyów. Sam zastanawiał się, jakim cudem zachowuje tu jeszcze orientację. Dom był istnym labiryntem, składającym się z komnat, halli, klatek schodowych i sal.
Doszedł wreszcie do drzwi wyjściowych. A właściwie do wrót. Były olbrzymie.
Pchnął je i wyszedł przed dom. Michael i ojciec już tam czekali. Pan Malfoy, podobnie jak jego syn, miał nieprzeniknioną twarz, ale David wiedział, że jest niezadowolony. Tak jak zwykle, gdy towarzyszyli mu synowie. Michael stał obok niego. Jego długie, jasne włosy były związane w kucyk. Zielona wstążka opadała mu na plecy. Zielone były również obszycia jego szkolnej szaty, którą miał na sobie. Nie lubił przebierać się w pociągu.
Teraz odwrócił się i poszedł ścieżką prowadzącą do głównych bram dworku. David i ojciec bez słowa podążali za nim.
Ogród Malfoy Manor był duży. Jeśli przeszłoby się przez mostek z prawej strony dworku i poszło dalej wzdłuż strumienia, można było dojść do sporego sztucznego jeziora, zarośniętego po bokach trzcinami. Był tu nawet mały lasek. Cały ten teren poprzecinany był wąskimi dróżkami.
Ogród był też, poza biblioteką, ulubionym miejscem Davida. To tu spędzał większość czasu wolnego, puszczając stateczki z kory lub wspinając się na drzewa. Było to chyba jedyne naprawdę żyjące miejsce w dworku Malfoyów.
Wyszli przez bramę i stanęli. Zimne promienie słońca znaczyły się tu niewyraźnymi plamami na trawie. Ojciec kazał im złapać się za rękawy jego szaty. David uczynił to niechętnie. Każdy bliższy kontakt z nim dawał mu nieprzyjemne uczucie, coś jak niechęć czy niespełnienie? Sam nie potrafił tego nazwać. Matka chłopca umarła, gdy miał cztery latka. Właściwie nie bardzo ją znał. Wiedział tylko, że ich kochała i że była bardzo dobra. Nie wiedział, jak zginęła. Wolał nie pytać o to ojca. To przez jej śmierć tak się zmienił. Stał się zimny, cyniczny, zamknięty w sobie i samolubny. Michael tak samo. Nie okazywali mu ani krztyny miłości. Nie poświęcali mu też czasu, tylko, co najwyżej, pieniądze. Jakby mogło to coś zmienić. Właściwie David prawie nie pamiętał, jacy byli przed śmiercią Elvy Malfoy, jego matki.
Nigdy nie miał też prawdziwych przyjaciół. Bawił się sam. Brata i ojca wolał nie prosić, wiedział, że i tak by odmówili.
Chwycił rękaw ojcowskiej szaty. Po drugiej stronie zrobił to też Michael. Jego twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji.
- Uwaga, deportujemy się.- rzekł ojciec.
David poczuł się, jakby tysiące sznurów oplatało go i ściskało ze wszystkich stron. Chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle. Wnętrzności się ścisnęły, skurczyły, przed oczami zawirowały mu srebrne i czerwone gwiazdy. Czuł, jak jego stopy odrywają się od ziemi. Wreszcie poczuł, jak coś niby stróżki lodowatej wody ucieka mu do palców rąk i nóg, a niewidzialne sznury puszczają. Znów stał na trwałym gruncie.
- Możecie już mnie puścić.- powiedział ojciec.
David nie odpowiedział, tylko odwrócił się i zwymiotował. Zgięty w pół, czując na ustach smak żółci, miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Ojciec patrzył na niego z pełną dezaprobatą. Za nim stał Michael. Widać było, że pobladł. Ojciec machnął różdżką, a całe to paskudztwo zniknęło.
- Doprowadź się do porządku.- powiedział.
David otarł usta rękawem i stanął prosto, starając się utrzymać poważną minę. Nadal było mu niedobrze. Głowa mu pękała, a żołądek wciąż był ściśnięty.
Stali w wąskiej uliczce między domami. Nie wychodziły na nią żadne okna, a pod brudnymi, pomazanymi graffitti ścianami walały się przepełnione śmietniki. Jakiś bezpański kot umknął na ich widok. Ruszyli, a po paru chwilach kluczenia mugolskimi uliczkami doszli do King's Cross. Gdy znaleźli się przy peronie 10, ojciec powiedział:
- Teraz wracam do domu. Michael, pokażesz bratu wejście na peron. Powodzenia w nauce.
Po czym odwrócił się i odszedł. David patrzył za nim ponuro, po czym wziął wózek ze swoim kufrem i spojrzał na brata. Ten wskazał na poprzeczkę między peronami.
- Musisz iść prosto na nią. Jak będziesz się bać, biegnij.
David poczuł się nieco urażony tym, że ktoś posądza go o tchórzostwo, ale nic nie powiedział. Zerknął jeszcze raz na brata (jego twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych uczuć), po czym skupił się na barierce. Nie wyglądała magicznie, tylko bardzo trwale. Ale chłopiec znał swojego brata, że wiedział, że nie robiłby sobie głupich żartów. Zacisnął ręce na wózku i pchnął go w stronę barierki.
Ludzie przechodzili koło niego, zerkając za nim z powodu staromodnego kufra. Mimo to nikt go nie zatrzymywał, bo wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Czy zderzenie z taką barierką będzie bolało?, pomyślał i przyśpieszył. W chwili, gdy wózek jej dotknął, David zacisnął powieki.
Znalazł się na oświetlonym promieniami słońca wpadającego przez okna pod sufitem peronie. Tabliczka, zawieszona przy ścianie, informowała, że jest to peron 9 i 3/4. David zamrugał i skarcił się w myślach za chwilę strachu. Po chwili dołączył do niego Michael.
David patrzył na tłumi zebrany na peronie i uświadomił sobie, że jest to społeczność, do której od tej chwili należy. Będzie z nią spędzał 10 miesięcy w roku, a ponadto zostanie przydzielony do jednego z czterech domów, z których członkami dodatkowo będzie dzielił dormitorium i Pokój Wspólny, radości i smutki, wzburzenia i śmiech. Wśród nich znajdzie pierwszych przyjaciół i wrogów...
Jakie to dziwne, pomyślał. Ci uczniowie niby niczym się od siebie nie różnią, a tak naprawdę każdy jest inny.
Z którymi z nich przyjdzie mu żyć?
Zaczął przyglądać się różnym uczniom. Wielu z nich na ubraniach miało znaki poszczególnych domów; czasem czerwono-złote z lwem, to Gryffindor, tam trafiają odważni; albo żółte z borsukiem, to Hufflepuff- chłopiec zauważył, że jest ich niewielu, a na pewno mniej od Krukonów, uczniów Ravenclawu, inteligentnych i ambitnych, na których szatach błyszczały srebrno-niebieskie odznaki z orłem. Mało było też uczniów z zielonymi znaczkami. To Slytherin. W tym domu był Michael, i chyba wszyscy Malfoyowie. David zaczął się zastanawiać, do którego z tych domów on trafi. Może Gryffindor? W końcu był odważny...
Na peron wtoczył się ekspres Londyn-Hogwart, co wywołało zamieszanie wśród uczniów. Każdy żegnał się ze swoimi rodzicami, ktoś płakał, ktoś krzyczał, jednym słowem harmider był nie do opisania. David spojrzał na brata.
- Wsiadaj. Ja poczekam na kolegów. Będę w trzecim wagonie.- powiedział Michael.
Chłopiec wzruszył ramionami, wziął swój kufer i skierował się w stronę pociągu.
- I...jeszcze jedno.
David odwrócił się. Jego brat stał, dziwnie samotny w tłumie uczniów, i patrzył na niego.
- Pamiętaj, co mi obiecałeś. Żadnych wybryków.
David westchnął i pokiwał głową. Następnie wsiadł do ekspresu, szukając wolnych miejsc.
Po kilku minutach dotarł do przedziału, w którym siedziało dwóch chłopaków bez odznaczeń domów. Jeden z nich pomachał do niego przyjaźnie.
- Hej! Chodź, ja i Oliver dopiero co weszliśmy, są jeszcze wolne miejsca.
David mruknął jakieś podziękowanie i razem z chłopakiem wtaszczył swój kufer na półkę.
- A tak w ogóle, jestem Colin, Colin Ring.
David z uśmiechem uścisnął wyciągniętą rękę Colina.
- David Malfoy.- przedstawił się.
- Malfoy?- odezwał się drugi z chłopców, dotychczas milczący. - Coś słyszałem. Miło mi poznać. Ja jestem Oliver Silverstorm.
Również uścisnęli sobie dłonie, po czym David usiadł koło Olivera. Miał nadzieję, że zaprzyjaźni się z tymi bądź co bądź sympatycznymi kolegami. I nie zawiódł się, bo już po paru minutach okazało się, że, podobnie jak on, Colin i Oliver nastawieni są na przygodę swojego życia w Hogwarcie. Rozmowa również szła im świetnie.
Właśnie rozprawiali na temat tego, czy w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart żyją obleśne trolle i gadające karaluchy, gdy do przedziału ktoś zapukał. Przez uchylone drzwi swą jasną głowę wetknął nie kto inny, jak Michael. Popatrzył na brata i powiedział:
- Idę do czwartego wagonu. Jacyś Gryfoni z trzeciej klasy zaczęli nas wyzywać i zrobiło się, że tak powiem, nieprzyjemnie. Silverstorm, masz pozdrowienia od brata. Pyta, czy nie zapomniałeś podręcznika od zielarstwa.
Po krótkiej chwili Oliver zbladł i rzucił się, by przeszukiwać kufer. Michael wyciągnął do niego rękę z książką, po czym bez słowa poszedł wzdłuż wagonu.
- To twój brat?- spytał Oliver Davida.
- Taa.- mruknął niechętnie chłopiec.
- Niepodobny. No, może trochę z wyglądu. Ale charakterek to on ma, słyszałem od swojego brata.- Oliver spakował podręcznik i wsunął kufer na miejsce. - W każdym bądź razie, jeśli nasi bracia się kumplują, to czeka nas ciężki rok...- dodał, padając na swoje miejsce.
Rozmawiali jeszcze chwilę na tematy rodzinne, przy czym okazało się, że Oliver, tak jak David jest czystej krwi, natomiast Colin przyznał, że jego matka jest mugolem.
- Przynajmniej mój tata to czarodziej czystej krwi, nie jest więc tak źle, jak w przypadku mugolaków.
Niedługo potem do drzwi przedziału znowu zapukano i pojawił się wózek z przekąskami. Chłopcy kupili mnóstwo czekoladowych żab, kwachów, paczkę fasolek wszystkich smaków i wiele innych słodkości.
David wyciągnął ze swojej żaby kartę, na której był rudy czarodziej, uśmiechający się do niego przyjaźnie. Pod nim widniał napis:
RONALD WEASLEY
Colin zerknął Davidowi przez ramię i mruknął z podziwem.
- Trafiłeś na rudzielca! Brakuje mi go w kolekcji, poluję na niego już od paru miesięcy. Fuksiarz.
David bez słowa wręczył mu kartę.
- Nie, nie, weź ją, ja muszę mieć satysfakcję, że sam znalazłem. Możesz też je kolekcjonować.
Oliver wywrócił oczami.
- Musi mieć satysfakcję, no tak. Też mu chciałem dać, ale, oczywiście, odmówił.
David wgryzł się w żabę i postanowił podzielić się z przyjaciółmi dręczącym go problemem.
- Jak myślicie...mlask...do jakiego domu traficie?
- W sensie w Hogwarcie? -spytał Colin, sięgając do paczki fasolek. - A ja wiem? Może Ravenclaw. A ty jak myślisz?
- Też nie wiem. Może Gryffindor...
- Gryffindor? A to czemu? Słyszałem, że przyjmują tam co drugiego...ŁAAA! TFU! TRAFIŁEM NA CHILLI!
Dopiero, gdy Colin zaczął wymachiwać rozpaczliwie ręką przy ustach David zrozumiał, że chodzi mu o fasolkę. Wybuchnął śmiechem. Śmiał się też Oliver, tak bardzo, że trzęsła mu się ręka, gdy podawał kumplowi kubek z sokiem dyniowym. Colin wypił duszkiem i odetchnął z ulgą.
- Już nigdy nie wezmę do ust fasolki.- obiecał, patrząc z oburzeniem na paczkę, a Oliver znów zachichotał.
Colin jednak bardzo szybko złamał obietnicę, bo David z Oliverem zakładali się, kto zje najobrzydliwszą fasolkę. Wygrał David, natrafiając na smak wymiocin (już drugi raz w tym dniu, pomyślał. Co ja jakiś farciarz?).
Tak jechali i jechali, co chwilę wybuchając śmiechem. David zapomniał o problemie, w końcu nawet jeśli nie trafią do jednego domu, to co może zniszczyć tak dobrze rozpoczętą przyjaźń?
Subskrybuj:
Posty (Atom)