Nareszcie jestem :D i mam dla Was dwa rozdziały, a trzeci kończę :)) i wprowadziłam kilka drobnych poprawek do wcześniejszych postów ;) No to co, jedziemy. Aha, muszę się koniecznie pochwalić, że w zeszycie rozdział pierwszy zajął mi pięć stron, a ten dwanaście :D
~*~
- Jesteś pewien, że wszystko masz?- po raz setny zapytał Michael, zerkając podejrzliwie do kufra Davida. - Różdżka? Podręczniki?
- Tak, wszystko spakowane. - odrzekł David, zamykając bratu kufer przed nosem. Michael mruknął coś, urażony, i poszedł do swojej części pokoju.
To był kolejny powód, dla którego David tak nie lubił Malfoy Manor. Mimo, że dwór był ogromny, bracia dzielili jeden pokój. Ojciec nie chciał słuchać żadnych narzekań na ten temat. Co więcej, pozamykał większość komnat, z sobie tylko znanych powodów. David miał to gdzieś, w nocy wychodził z łóżka i łaził po domu, by odkryć, co w sobie kryją. Ale pewnego razu ojciec go przyłapał i rzucił na drzwi zakazanych pokoi zaklęcia zamykające. Nie docenił swojego syna. Chłopiec wychodził z siebie, by znaleźć sposób, by przywrócić nocne eskapady. I znalazł.
Od kiedy Michael miał własną różdżkę, od czasu do czasu udawało mu się ją wykraść. I chociaż nie znał się na zaklęciach, jeszcze nie uczęszczał do szkoły magii, a i tak szansa na otwarcie któryś drzwi była mizerna, prawdziwe szczęście dawał mu ten dreszczyk emocji, który czuł, gdy biegł pustym, mrocznym korytarzem z różdżką w ręku.
Teraz David miał już własną różdżkę. Zakupił ją wczoraj, gdy wraz z ojcem i bratem odwiedzili Pokątną. Różdżka była ładna, prosta, w jasnobrązowym kolorze. Miała dziesięć i ćwierć cala. Jabłoń. Rdzeń z włosia jednorożca. David był z niej bardzo zadowolony. Trzymało się ją o wiele lepiej, niż bukową różdżkę Michaela.
Chłopiec spakował kilka złotych galeonów do sakiewki, którą włożył do kieszeni. Tyle powinno starczyć na wyżerkę w pociągu.
- David!- Michael taszczył swój kufer wraz z klatką sowy- swojego puchacza Uhu- w kierunku drzwi. - Pospiesz się, jeśli chcesz zdążyć na pociąg. Musimy się deportować sprzed domu.
David bez słowa wziął swój dobytek (do szkoły zabierał właściwie wszystko, co miał) i wyszedł do przedpokoju. Szedł za bratem długim korytarzem, następnie skręcił w lewo i zszedł po schodach w dół. Znalazł się w kolejnym hallu, jednym ze stu tysięcy, znajdujących się w dworku Malfoyów. Sam zastanawiał się, jakim cudem zachowuje tu jeszcze orientację. Dom był istnym labiryntem, składającym się z komnat, halli, klatek schodowych i sal.
Doszedł wreszcie do drzwi wyjściowych. A właściwie do wrót. Były olbrzymie.
Pchnął je i wyszedł przed dom. Michael i ojciec już tam czekali. Pan Malfoy, podobnie jak jego syn, miał nieprzeniknioną twarz, ale David wiedział, że jest niezadowolony. Tak jak zwykle, gdy towarzyszyli mu synowie. Michael stał obok niego. Jego długie, jasne włosy były związane w kucyk. Zielona wstążka opadała mu na plecy. Zielone były również obszycia jego szkolnej szaty, którą miał na sobie. Nie lubił przebierać się w pociągu.
Teraz odwrócił się i poszedł ścieżką prowadzącą do głównych bram dworku. David i ojciec bez słowa podążali za nim.
Ogród Malfoy Manor był duży. Jeśli przeszłoby się przez mostek z prawej strony dworku i poszło dalej wzdłuż strumienia, można było dojść do sporego sztucznego jeziora, zarośniętego po bokach trzcinami. Był tu nawet mały lasek. Cały ten teren poprzecinany był wąskimi dróżkami.
Ogród był też, poza biblioteką, ulubionym miejscem Davida. To tu spędzał większość czasu wolnego, puszczając stateczki z kory lub wspinając się na drzewa. Było to chyba jedyne naprawdę żyjące miejsce w dworku Malfoyów.
Wyszli przez bramę i stanęli. Zimne promienie słońca znaczyły się tu niewyraźnymi plamami na trawie. Ojciec kazał im złapać się za rękawy jego szaty. David uczynił to niechętnie. Każdy bliższy kontakt z nim dawał mu nieprzyjemne uczucie, coś jak niechęć czy niespełnienie? Sam nie potrafił tego nazwać. Matka chłopca umarła, gdy miał cztery latka. Właściwie nie bardzo ją znał. Wiedział tylko, że ich kochała i że była bardzo dobra. Nie wiedział, jak zginęła. Wolał nie pytać o to ojca. To przez jej śmierć tak się zmienił. Stał się zimny, cyniczny, zamknięty w sobie i samolubny. Michael tak samo. Nie okazywali mu ani krztyny miłości. Nie poświęcali mu też czasu, tylko, co najwyżej, pieniądze. Jakby mogło to coś zmienić. Właściwie David prawie nie pamiętał, jacy byli przed śmiercią Elvy Malfoy, jego matki.
Nigdy nie miał też prawdziwych przyjaciół. Bawił się sam. Brata i ojca wolał nie prosić, wiedział, że i tak by odmówili.
Chwycił rękaw ojcowskiej szaty. Po drugiej stronie zrobił to też Michael. Jego twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji.
- Uwaga, deportujemy się.- rzekł ojciec.
David poczuł się, jakby tysiące sznurów oplatało go i ściskało ze wszystkich stron. Chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle. Wnętrzności się ścisnęły, skurczyły, przed oczami zawirowały mu srebrne i czerwone gwiazdy. Czuł, jak jego stopy odrywają się od ziemi. Wreszcie poczuł, jak coś niby stróżki lodowatej wody ucieka mu do palców rąk i nóg, a niewidzialne sznury puszczają. Znów stał na trwałym gruncie.
- Możecie już mnie puścić.- powiedział ojciec.
David nie odpowiedział, tylko odwrócił się i zwymiotował. Zgięty w pół, czując na ustach smak żółci, miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Ojciec patrzył na niego z pełną dezaprobatą. Za nim stał Michael. Widać było, że pobladł. Ojciec machnął różdżką, a całe to paskudztwo zniknęło.
- Doprowadź się do porządku.- powiedział.
David otarł usta rękawem i stanął prosto, starając się utrzymać poważną minę. Nadal było mu niedobrze. Głowa mu pękała, a żołądek wciąż był ściśnięty.
Stali w wąskiej uliczce między domami. Nie wychodziły na nią żadne okna, a pod brudnymi, pomazanymi graffitti ścianami walały się przepełnione śmietniki. Jakiś bezpański kot umknął na ich widok. Ruszyli, a po paru chwilach kluczenia mugolskimi uliczkami doszli do King's Cross. Gdy znaleźli się przy peronie 10, ojciec powiedział:
- Teraz wracam do domu. Michael, pokażesz bratu wejście na peron. Powodzenia w nauce.
Po czym odwrócił się i odszedł. David patrzył za nim ponuro, po czym wziął wózek ze swoim kufrem i spojrzał na brata. Ten wskazał na poprzeczkę między peronami.
- Musisz iść prosto na nią. Jak będziesz się bać, biegnij.
David poczuł się nieco urażony tym, że ktoś posądza go o tchórzostwo, ale nic nie powiedział. Zerknął jeszcze raz na brata (jego twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych uczuć), po czym skupił się na barierce. Nie wyglądała magicznie, tylko bardzo trwale. Ale chłopiec znał swojego brata, że wiedział, że nie robiłby sobie głupich żartów. Zacisnął ręce na wózku i pchnął go w stronę barierki.
Ludzie przechodzili koło niego, zerkając za nim z powodu staromodnego kufra. Mimo to nikt go nie zatrzymywał, bo wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Czy zderzenie z taką barierką będzie bolało?, pomyślał i przyśpieszył. W chwili, gdy wózek jej dotknął, David zacisnął powieki.
Znalazł się na oświetlonym promieniami słońca wpadającego przez okna pod sufitem peronie. Tabliczka, zawieszona przy ścianie, informowała, że jest to peron 9 i 3/4. David zamrugał i skarcił się w myślach za chwilę strachu. Po chwili dołączył do niego Michael.
David patrzył na tłumi zebrany na peronie i uświadomił sobie, że jest to społeczność, do której od tej chwili należy. Będzie z nią spędzał 10 miesięcy w roku, a ponadto zostanie przydzielony do jednego z czterech domów, z których członkami dodatkowo będzie dzielił dormitorium i Pokój Wspólny, radości i smutki, wzburzenia i śmiech. Wśród nich znajdzie pierwszych przyjaciół i wrogów...
Jakie to dziwne, pomyślał. Ci uczniowie niby niczym się od siebie nie różnią, a tak naprawdę każdy jest inny.
Z którymi z nich przyjdzie mu żyć?
Zaczął przyglądać się różnym uczniom. Wielu z nich na ubraniach miało znaki poszczególnych domów; czasem czerwono-złote z lwem, to Gryffindor, tam trafiają odważni; albo żółte z borsukiem, to Hufflepuff- chłopiec zauważył, że jest ich niewielu, a na pewno mniej od Krukonów, uczniów Ravenclawu, inteligentnych i ambitnych, na których szatach błyszczały srebrno-niebieskie odznaki z orłem. Mało było też uczniów z zielonymi znaczkami. To Slytherin. W tym domu był Michael, i chyba wszyscy Malfoyowie. David zaczął się zastanawiać, do którego z tych domów on trafi. Może Gryffindor? W końcu był odważny...
Na peron wtoczył się ekspres Londyn-Hogwart, co wywołało zamieszanie wśród uczniów. Każdy żegnał się ze swoimi rodzicami, ktoś płakał, ktoś krzyczał, jednym słowem harmider był nie do opisania. David spojrzał na brata.
- Wsiadaj. Ja poczekam na kolegów. Będę w trzecim wagonie.- powiedział Michael.
Chłopiec wzruszył ramionami, wziął swój kufer i skierował się w stronę pociągu.
- I...jeszcze jedno.
David odwrócił się. Jego brat stał, dziwnie samotny w tłumie uczniów, i patrzył na niego.
- Pamiętaj, co mi obiecałeś. Żadnych wybryków.
David westchnął i pokiwał głową. Następnie wsiadł do ekspresu, szukając wolnych miejsc.
Po kilku minutach dotarł do przedziału, w którym siedziało dwóch chłopaków bez odznaczeń domów. Jeden z nich pomachał do niego przyjaźnie.
- Hej! Chodź, ja i Oliver dopiero co weszliśmy, są jeszcze wolne miejsca.
David mruknął jakieś podziękowanie i razem z chłopakiem wtaszczył swój kufer na półkę.
- A tak w ogóle, jestem Colin, Colin Ring.
David z uśmiechem uścisnął wyciągniętą rękę Colina.
- David Malfoy.- przedstawił się.
- Malfoy?- odezwał się drugi z chłopców, dotychczas milczący. - Coś słyszałem. Miło mi poznać. Ja jestem Oliver Silverstorm.
Również uścisnęli sobie dłonie, po czym David usiadł koło Olivera. Miał nadzieję, że zaprzyjaźni się z tymi bądź co bądź sympatycznymi kolegami. I nie zawiódł się, bo już po paru minutach okazało się, że, podobnie jak on, Colin i Oliver nastawieni są na przygodę swojego życia w Hogwarcie. Rozmowa również szła im świetnie.
Właśnie rozprawiali na temat tego, czy w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart żyją obleśne trolle i gadające karaluchy, gdy do przedziału ktoś zapukał. Przez uchylone drzwi swą jasną głowę wetknął nie kto inny, jak Michael. Popatrzył na brata i powiedział:
- Idę do czwartego wagonu. Jacyś Gryfoni z trzeciej klasy zaczęli nas wyzywać i zrobiło się, że tak powiem, nieprzyjemnie. Silverstorm, masz pozdrowienia od brata. Pyta, czy nie zapomniałeś podręcznika od zielarstwa.
Po krótkiej chwili Oliver zbladł i rzucił się, by przeszukiwać kufer. Michael wyciągnął do niego rękę z książką, po czym bez słowa poszedł wzdłuż wagonu.
- To twój brat?- spytał Oliver Davida.
- Taa.- mruknął niechętnie chłopiec.
- Niepodobny. No, może trochę z wyglądu. Ale charakterek to on ma, słyszałem od swojego brata.- Oliver spakował podręcznik i wsunął kufer na miejsce. - W każdym bądź razie, jeśli nasi bracia się kumplują, to czeka nas ciężki rok...- dodał, padając na swoje miejsce.
Rozmawiali jeszcze chwilę na tematy rodzinne, przy czym okazało się, że Oliver, tak jak David jest czystej krwi, natomiast Colin przyznał, że jego matka jest mugolem.
- Przynajmniej mój tata to czarodziej czystej krwi, nie jest więc tak źle, jak w przypadku mugolaków.
Niedługo potem do drzwi przedziału znowu zapukano i pojawił się wózek z przekąskami. Chłopcy kupili mnóstwo czekoladowych żab, kwachów, paczkę fasolek wszystkich smaków i wiele innych słodkości.
David wyciągnął ze swojej żaby kartę, na której był rudy czarodziej, uśmiechający się do niego przyjaźnie. Pod nim widniał napis:
RONALD WEASLEY
Colin zerknął Davidowi przez ramię i mruknął z podziwem.
- Trafiłeś na rudzielca! Brakuje mi go w kolekcji, poluję na niego już od paru miesięcy. Fuksiarz.
David bez słowa wręczył mu kartę.
- Nie, nie, weź ją, ja muszę mieć satysfakcję, że sam znalazłem. Możesz też je kolekcjonować.
Oliver wywrócił oczami.
- Musi mieć satysfakcję, no tak. Też mu chciałem dać, ale, oczywiście, odmówił.
David wgryzł się w żabę i postanowił podzielić się z przyjaciółmi dręczącym go problemem.
- Jak myślicie...mlask...do jakiego domu traficie?
- W sensie w Hogwarcie? -spytał Colin, sięgając do paczki fasolek. - A ja wiem? Może Ravenclaw. A ty jak myślisz?
- Też nie wiem. Może Gryffindor...
- Gryffindor? A to czemu? Słyszałem, że przyjmują tam co drugiego...ŁAAA! TFU! TRAFIŁEM NA CHILLI!
Dopiero, gdy Colin zaczął wymachiwać rozpaczliwie ręką przy ustach David zrozumiał, że chodzi mu o fasolkę. Wybuchnął śmiechem. Śmiał się też Oliver, tak bardzo, że trzęsła mu się ręka, gdy podawał kumplowi kubek z sokiem dyniowym. Colin wypił duszkiem i odetchnął z ulgą.
- Już nigdy nie wezmę do ust fasolki.- obiecał, patrząc z oburzeniem na paczkę, a Oliver znów zachichotał.
Colin jednak bardzo szybko złamał obietnicę, bo David z Oliverem zakładali się, kto zje najobrzydliwszą fasolkę. Wygrał David, natrafiając na smak wymiocin (już drugi raz w tym dniu, pomyślał. Co ja jakiś farciarz?).
Tak jechali i jechali, co chwilę wybuchając śmiechem. David zapomniał o problemie, w końcu nawet jeśli nie trafią do jednego domu, to co może zniszczyć tak dobrze rozpoczętą przyjaźń?
Supcio!!! :D Fasolki... heh :P
OdpowiedzUsuńuwielbiam fasolki xD na razie nie wiem kiedy dodam następny rozdział gdyż jestem chora :(
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
Usuń